wtorek, 20 stycznia 2015

Nowa Kreska

Jestem trochę dziwna.
Piszę opowiadanie i zaczynam je trzy razy. Dwie poprzednie wersje mi się nie podobały, więc zrobiłam jeszcze jedną. Ta w miarę jest okay. Mam nadzieję, że ktoś to przeczyta c:
Kto nie czytał wcześniejszych wersji, nic nie straci. Tutaj, co prawda, zmieniłam trochę przeszłość bohaterki i jej otoczenie (chodzi mi o postacie), ale motyw opowiadania jest ten sam.
Nie przedłużając, zapraszam ^_^


Rozdział 1

- Czuję się idiotyczne – mruknęłam, poprawiając za luźną spódnicę w szkocką kratę.
- Nie marudź. Mogło być gorzej – szepnęła Lola. Stała obok mnie ubrana w ten sam głupi strój. Tylko że na niej, oczywiście, prezentował się znacznie lepiej. – Poza tym, niedługo i tak idziemy do domu. Chwila wolności przed ostatecznym rozpoczęciem szkoły.
- Ciszej bądźcie! – zdenerwował się wysoki chłopak przed nami. Nie dość, że zasłaniał mi swoimi ramionami całą scenę, to jeszcze nas uciszał.
Siedziałyśmy na apelu z okazji rozpoczęcia roku. Właśnie zaczęłyśmy naukę w gimnazjum jako pierwszoklasistki. Dyrektor wygłaszał mowę i witał nowych uczniów. Mówił, jaka to szkoła jest wspaniała i na wysokim poziomie, a ja patrzyłam na ziewających uczniów ostatniej klasy. Było nas łatwo rozróżnić, bo każdy rocznik miał inny kolor krawata.
Poluzowałam ciemnozielony węzeł, który wbijał mi się w szyję. Nie ma to jak dopasowany mundurek. Na szczęście jest obowiązkowy tylko na apelach i ważnych uroczystościach, codziennie nosiłam zaś t-shirt z nazwą szkoły. Był zielony i nadrukowane było na nim: Gimnazjum nr 13. Chodziłam do klasy przyrodniczej. Były jeszcze sportowa i artystyczno-językowa.
- Teraz rozejdziemy się do klas, gdzie wychowawcy rozdadzą wam plany lekcji i powiedzą kilka słów od siebie. Klasy pierwsze, na tablicy przed aulą jest wywieszony wykaz sal. Pomyślnego roku szkolnego!
- I niech los zawsze wam sprzyja – powiedziałam, na co Lola się roześmiała.

~~*~~

Budzik zadzwonił przeciągle, budząc mnie ze snu. Zignorowałam go, wbijając twarz w puchową poduszkę. Jednak już, niestety, nie spałam. Jęknęłam, a raczej zawyłam, jakby mnie kto obdzierał ze skóry. Wiedziałam, że nie wymigam się od szkoły.
Jakoś nie paliło mi się, żeby tam iść. Jasne, czułam niejakie podekscytowanie, ale nie miałam ochoty wstawać o w pół do siódmej rano, by poznać nowych ludzi czy zyskać wiedzę jakże potrzebną mi do życia.
- Jeszcze tylko cztery dni do weekendu... - mruknęłam, próbując podnieść się na duchu. Chyba nikogo nie zdziwi, że nie uznałam tego za zbytnie pocieszenie.
Jednak wstałam, ubrałam się i zeszłam do kuchni. Przy stole siedziała moja mama-zombie, która tak jak ja nie była rannym ptaszkiem. Jej głowa wisiała nad kubkiem z kawą. Wyraźnie próbowała nie zasnąć. Nie odezwałam się. Podzielałam jej nastrój.
Szybko zjadłam skromne śniadanie, pocałowałam mamę w policzek i poszłam po plecak. Gdy wróciłam, naczynia były pozmywane, a mama z uśmiechem na twarzy zakładała buty.
- Tchnęło w ciebie życie? Kawa zaczyna powoli działać?
- I ciastko czekoladowe. - Skinęła głową. - Wiesz, mam jeszcze trochę czasu. Podwieźć cię?
- Kusząca propozycja - powiedziałam z bólem w głosie. - Ale umówiłam się z Lolą na przystanku i nie mogę jej olać.
Mama wzruszyła ramionami.
- Jak chcesz. Bądź w domu przed piątą, przychodzą do nas w odwiedziny sąsiedzi.
- Ci nowi spod ósemki, których nie poznałam?
- Tak. Bój się o swój los, jeśli nie będziesz zachowywała się przyzwoicie. Tata ich polubił, a wiesz jak to z nim jest. - Westchnęła, po czym spojrzała na zegar nad szafkami. - Rany, teraz już muszę iść. Pa, słońce!
Zniknęła, a ja zostałam sama ze swoimi myślami.
Kilkanaście minut później wsiadałam z Lolą do autobusu linii 73. Obie byłyśmy ledwo przytomne, jak zawsze o tej porze, więc panowała między nami cisza. W sumie, poza jedną kobietą w ołówkowej spódnicy, która rozmawiała przez telefon, nikt się nie odzywał. Słychać było tylko szum silnika.
Pojazd stanął gwałtownie na następnym przystanku, aż wpadłam na Lolę. Drzwi się otworzyły.
- Hej, nie wiedziałam, że na mnie lecisz - zażartowała moja przyjaciółka. Ledwo ją słyszałam, bo do autobusu wsiedli głośno śmiejący się chłopcy. Mieli przewieszone przez ramię sportowe torby i takie same t-shirty jak my, tylko że niebieskie. Druga klasa, najpewniej sportowa.
Było ich trzech, wszyscy przystojni. Nosili spodenki do kolan, które odkrywały umięśnione łydki. Wyglądali na popularnych - pewni siebie, rozłożyli się na siedzeniach, chociaż do szkoły pozostały tylko trzy przystanki.
- Co zrobimy z drużyną? Turniej za dwa tygodnie, ci najlepsi juz odeszli... - zaczął najniższy z nich. Był blondynem, miał odstające uszy i nosił okulary, ale miał niezaprzeczalny urok.
- A trzecie klasy są do niczego - dodał najprzystojniejszy. Ciemne włosy zaczesał do tyłu. Koszulka opinała się na jego szerokich ramionach. - Może powinniśmy zwerbować pierwsze? Pójdziemy na ich wuef i zobaczymy, co potrafią.
- Dobry pomysł. Musimy to obgadać z trenerem i resztą drużyny. - Trzeci z nich miał długie rzęsy i najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Niebieski wpadający w zieleń.
Drzwi otworzyły się ponownie. Kolejne osoby z naszego gimnazjum, tym razem chłopak w niebieskiej koszulce i dziewczyna w zielonej, trzymali się za ręce. Gdyby nie to, uznałabym ich za rodzeństwo.
Szkoda. Niezły był ten chłopak. Przypominał mi Alexa Pettyfera. Całkiem wysoki, dobrze zbudowany. Gęste blond włosy tworzyły ciekawą kompozycję na jego głowie, przez co facet wyglądał, jakby przed chwilą wstał z łóżka. Oczy były szare. Dziewczyna wyglądała podobnie, tylko jej oczy były brązowe. Skądś ją kojarzyłam...
- Ona chodzi z nami do klasy. - Lola słusznie zauważyła, że coś mi dzwoni, ale nie wiem w którym kościele. - Ma na imię Łucja, ale wołają na nią Lucy.
- Tak bardzo amełykańsko - szepnęłam.
- No. Nawet wygląda mi na Amerykankę - powiedziała z powagą, a ja się roześmiałam.
- A ten chłopak? - zapytałam. - Znasz go?
- Nie, przecież z drugiej klasy jest. A co, zainteresowana? - Poruszyła sugestywnie brwiami. Przewróciłam oczami.
- Tobie tylko jedno w głowie. Ale nie powiem, fajny jest. - Zerknęłam na niego. On i Lucy podeszli do Tria Przystojnych i gadali z nimi. Jeden z nich coś powiedział, a wtedy obserwowany przeze mnie chłopak zaśmiał się dźwięcznie. Pokazały się dołki w jego policzkach.
- Rany, Kreska. Jeszcze nawet nie dojechałyśmy do szkoły, a ty już znalazłaś obiekt westchnień.
- Co poradzisz - odpowiedziałam. - Życie.

~~*~~

- I właśnie dlatego - krzyknął profesor Rechacz, lustrując klasę przeszywającym wzrokiem - na moich lekcjach musicie być skupieni! Jeden nieuważny błąd i bach! - Pstryknął palcami, a uczniowie w pierwszej ławce aż podskoczyli na krzesłach. - Ktoś może stracić brwi, wzrok albo godność osobistą. Lub nawet trafić do szpitala.
Przełknęłam ślinę. Chemia jawiła mi się jako najbardziej niebezpieczny przedmiot, z którego cudem ujdę z życiem. Jeśli ujdę z życiem.
Profesor, mężczyzna po trzydziestce, miał kołtuny brązowych włosów na głowie i sowie okulary na spiczastym nosie. Nosił zielony sweter i lakierowane buty. Wydawał się poczciwym facetem, ale w tamtej chwili po prostu nas przerażał. Cała klasa siedziała w milczeniu, z utęsknieniem czekając na dzwonek. A była to dopiero pierwsza lekcja, na której profesor tylko wyjaśniał nam zasady oceniania na tym przedmiocie. Horror.
- Chyba go lubię - powiedziała Lola, kiedy ostatnie wychodziłyśmy z sali.
Spojrzałam na nią ze zdziwieniem.
- Lola, pogięło cię. Masz jakieś skłonności masochistyczne, czy coś?
Uśmiechnęła się i otworzyła usta, żeby mi odpowiedzieć, ale ktoś ją potrącił i się przewróciła. Boleśnie uderzyła o podłogę z kafelków, aż skrzywiła całą twarz, próbując nie krzyknąć. Zacisnęłam dłonie w pięści.
- Hej, uważaj trochę! - krzyknęłam, ale chłopak nie zwrócił na mnie uwagi i wbiegł do sali od chemii. Palant jeden.
- Jest spoko, Kreska - stęknęła moja przyjaciółka. - Nie denerwuj się na miłość swojego życia.
Sceptycznie uniosłam jedną brew i kucnęłam obok niej.
- Cóż, jeśli ma się tak zachowywać w stosunku do ciebie, to nie jest wart mojej wielkiej miłości. - Pomogłam jej wstać. Kiedy się wyprostowała, jęknęła. Zmarszczyłam brwi. - Loluś, może pójdziemy do pielęgniarki? Pamiętam, gdzie jest jej gabinet.
- Nie trze... Chociaż, pewnie powinnam. Okej, chodźmy.
Spojrzałam na zegar na ścianie. Za cztery minuty dzwonek.
- Przejdziemy jeszcze tylko koło naszej klasy. Powiem komuś, ze idziemy do sanitariuszki.
- Dobra. - Skinęła głową. Wyraźnie próbowała się nie rozpłakać.
Szłyśmy powoli. Nie chciałam jej nadwyrężać. Sądząc po minach Loli i tym, że drugą ręką masowała miejsce, gdzie kończy się kręgosłup, pewnie stłukła kość ogonową. Z doświadczenia wiedziałam, jak to boli.
- Kresia? Nic nie powiesz tamtemu chłopakowi? To był wypadek, nie jego wina. A wiesz, że nie chcę, żeby było jak w podstawówce.
- Ta - mruknęłam.
       Okej. Tym razem mu odpuszczę. Ale jeśli taka sytuacja się powtórzy, to mnie popamięta.