środa, 30 października 2013

Rozdział 3 Pechowy dzień

 Po zjedzeniu tosta i pokonaniu nużącej drogi do ośrodka dla przyszłych przewodniczących świata od razu poszłam do swojej szafki. W środku była poobwieszana plakatami i naklejkami. Uśmiechały się buźki Martina Garrix'a, Oliego z BMTH oraz RiRi. Naklejki świadczyły o zamiłowaniu do plastyki, snowboardu, itp.
 Lekcje minęły wyjątkowo szybko. Na religii wleciało mi np zaś na matmie - kazanie za używanie telefonu ( wreszcie nauczycielka mnie zauważyła! ).
 Przelotnie spotkałam się z Wiktorem, Matim i Adamem (znaczy sie tylko z dwoma pierwszymi). Mój chłopak i Mateusz mieli trening zaś ja i Adaśko wsiedliśmy do autobusu by rozpocząć nudną podróż do domu.
 - Hej, może wstąpiłbyś do mnie?
 - Oki. I tak nic nie robię oprócz czytania Mikołajka po raz setny - powiedział i uśmiechnął się.
 - To prawda, że chcą ci założyć aparat na zęby?
 - Taaa... Niestety, - powiedział z żalem - tak. Wiesz jak jeszcze mama mi to mówi to ja nie potrafię się jej sprzeciwić. - Nagle zasmucił się. Jego twarz w kształcie owalu, przybrała tak smutny wyraz iż nie mogłam na to patrzeć.
 - Ej! Gramy w jednym teamie! Też będę miała aparat na zęby - to nie daje mi spać już od dawna!
 Zaśmiałam się a on ze mną.
 Wreszcie wysiedliśmy. Pobiegliśmy do mnie do domu nabijając się z tego, że mój kumpel wdepnął w błoto i ubrudził swoje ulubione spodnie.
 Przywitaliśmy się z moimi rodzicami i poszliśmy do mojego pokoju.
- Nic się u ciebie nie zmieniło. - Powiedział.
- Nom. Jakoś tak wyszło. Ale szykuje mi się remont.
- Aha.
 Rozmowa w ogóle się kleiła. Przypomniałam sobie o wczorajszej rozterce, która jak stadko motyli wyleciała z mojej głowy.
 - Adam?
 - Hmm...?
 - Czy ja jestem ładna?
 To pytanie wyraźnie go zmroziło. Zaśmiał się sztucznie. A potem zamarł. Patrząc w okno, zamyślony wyglądał tak dziecinnie. Miał rozczochrane włosy, brudne spodnie, niewinny wyraz twarzy. To wszystko sprawiało, że czułam się jakby... Mniejsza.
 On jednak nie zdając sobie sprawy z moich myśli odpowiedział:
 - Wiesz powinienem ci już dawno to powiedzieć. W końcu jesteś moją najlepszą przyjaciółką.
 Przekręciłam pytająco głowę.
 - Ja... Jestem zakochany w Natalii. Wiem, ona była dla ciebie wredna na tym balu ale może jednak czas się pogodzić. Byłoby mi dużo łatwiej na przykład dlatego iż zamierzam jej zaproponować chodzenie. - To brzmiało tak jakbyśmy byli jeszcze w podstawówce, gdzie powstawały pierwsze miłostki. Jednak tym razem to mnie zmroziło.
 - Potrzebuje twojej pomocy. Bo mi na niej zależy. - Tu spojrzał na mnie.
 - NIE.
 - Proszę cię, nie bądź samolubem.
 - Co ma do tego bycie samolubem?!
 - Myślisz iż wszyscy się w tobie zakochują?! Mylisz się! Połowa chłopaków twierdzi, że jesteś sztuczna! Z tymi swoimi kolorowymi włoskami wyglądasz idiotycznie!
 Bolało.
 - TY TEGO NIE WIDZISZ?! NATALIA ROBI SOBIE ZE WSZYSTKICH SŁUGUSÓW! - krzyknęłam. Kłótnia wstąpiła na wyższy stopień.
 - No i?!
 - Boże, nie myślałam, że jesteś tak tępy!
 - Teraz jeszcze jestem tępy?! Masz rację. Tylko wydawało mi się, że jesteś moją przyjaciółką. - Zaszkliły mu się oczy. Mi też.
 - Okej sorry. Spokojnie.
 - Spokojnie?! -  Wrzasnął. - Pomyśleć, że kiedyś mogłem być w tobie zabujany i zazdrościć Wikiemu.
 Co?
 - Byłeś we mnie zabujany?
 - Tak! A teraz cześć! Miło było! - Wypadł z mojego azylu kipiący ze złości.
 A ja po prostu krzyknęłam:
 - Ja w tobie też! Zadowolony?!
 Wydaje mi się, że on nie usłyszał. Ja za to wreszcie przyznałam się do własnych uczuć. Co się dzieje ze mną? Ciężko stwierdzić.

==================================================================

 Ja usłyszałem. Nie mogłem uwierzyć. Ale teraz za późno. Już nie czuję do niej tego samego co w lato.
 Czemu jednak gdy dobiegłem do przystanku czułem mieszankę samozadowolenia i szczęścia?
 I czemu po polikach ciekły mi łzy?

Pokoik Alex :3



poniedziałek, 14 października 2013

Rozdział 4

Ka-boom!

Rozdział 5, czyli Kreska wraca na stare Śmieci

Wyszłam ze szkoły, odpięłam rower, założyłam kask i odjechałam. Jeszcze nie wiedziałam, gdzie pojadę, pewniakiem było tylko to, żeby było daleko od szkoły i boisk. Wciąż byłam jeszcze w lekkim szoku po sytuacji na korytarzu. Czemu zawsze musi spodobać mi się nieodpowiedni chłopak? Rozmyślając, skręciłam w nazwaną przeze mnie i moją kuzynkę Klonową Aleję i wjechałam w bogatszą dzielnicę. Skierowałam się do jednego z domków i gdy dojechałam na miejsce, zsiadłam z mojego pojazdu.
Kiedy prowadziłam rower po brukowanej ścieżce, po raz kolejny przyglądnęłam się stojącemu przede mną domowi. Był to średniej wielkości domek jednorodzinny. Nie wyróżniał się niczym wśród innych domów na ulicy, dlatego gdyby nie numerek przy bramie, wielu ludzi pewnie nie potrafiłoby rozróżnić domku nr 13 z np. domkiem nr 19. Ale nie ja. Nawet na ślepo potrafiłabym tu trafić i mowy by nie było o pomyłce.
Oparłam rower o małą brzozę i podbiegłam do drzwi wejściowych, po czym zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi. Już po chwili usłyszałam donośny kobiecy głos, wołający „OTWARTE!! WCHODŹ!”. Jak usłyszałam, tak zrobiłam. Plecak i buty zostawiłam w przedpokoju.
- Cześć ciociu! – powiedziałam, wchodząc do ciepło urządzonej, dosyć małej kuchni.
Moja ciocia Ala, siostra mamy, nazywana przez większość rodziny Lissem (nawet nie pytajcie, pewnie i tak potem się to wyjaśni) właśnie stała przy zlewie i obierała ziemniaki na obiad. Widać było, że należymy do jednej rodziny, można by ją było nawet wziąć za moją matkę. Miała długie za połowę pleców, lekko falowane ciemnoczekoladowe włosy. Teraz była odwrócona do mnie tyłem, więc nie było widać jej oczu, o dokładnie takiej samej barwie, jak moje i mamy.
Podeszłam do niej i przyjacielsko zarzuciłam jedną rękę na szyję.
- No, co tam u ciebie? Pewnie dużo się zmieniło od soboty.
Ciocia na chwilę oderwała się od pracy i spojrzała na mnie, unosząc jedną brew.
- Jasne, Kreska. Jak zawsze, moje życie jest takie ciekawe, że od soboty był taki huk wydarzeń, że nie zdążyłam odetchnąć. – Po tym komentarzu powróciła do obierania ziemniaków. – Jak tam w gimbazie, gimbusie?
Taaak, lubiłam gadać z ciocią. Potrafiła podnieść na duchu.
- No wiesz, jak to pierwszego dnia. Było okej. Ale nie tak ciekawie jak u ciebie. – Zerknęłam na zegar ścienny nad zlewem. – Wiesz może, kiedy Lola wróci?
- Powinna być za chwilę. Kiedy wróci, idźcie sobie, obiad powinien być za mniej więcej półtorej godziny.
Westchnęłam. Lubiłam to robić przy Lissie, bo to ją wkurzało. „Masz tak ciężko, że aż wzdychasz?”, mówiła.
Zabrałam rękę z jej szyi i wyciągnęłam jabłko z koszyka stojącego na blacie.
- Poczekam na nią na dworze. Hehe, wyjdę jej naprzeciw! – Ostatnie zdanie powiedziałam żartobliwie i ku mojemu zadowoleniu, ciocia parsknęła.
Wyszłam więc na podjazd i, pogryzając pyszne jabłuszko, czekałam na moją wcześniej wspomnianą kuzynkę Lolę. Tak właściwie, to ona nie ma na imię Lola. To tylko jej przezwisko, tak samo jak Kreska jest moim. Nie stałam samotnie zbyt długo. Już chwilę po moim wyjściu z domu zauważyłam, że na chodniku, dosłownie paręnaście metrów ode mnie znajduje się Lola, cała w skowronkach.
I to jeszcze nie sama! Szła z dobrze mi znanym chłopakiem, który w tej chwili uśmiechał się od ucha do ucha.
Dziwne. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak zadowolonego. Nawet wtedy… Ale chwila! Skoro oni się tak zachowują, to coś musi być na rzeczy! A ja się muszę koniecznie dowiedzieć, co!

~~*~~

Miało nas nie być w domu, dlatego poszłyśmy do ogrodu na tyłach domu. Były tam wiśnia i grusza, na których był rozwieszony hamak. Gdy chodziłyśmy do przedszkola, bardzo lubiłyśmy się na nim bujać. Kiedy już przesłuchałam Lolę na temat naszego znajomego (Ale ja nie wiem, o co ci chodzi!), to odrobiłyśmy razem lekcje. Co prawda, było tego co kot napłakał, ale zawsze coś. Chociaż Lola chodziła jeszcze do podstawówki – szósta klasa się kłania! – miała zadane więcej, niż ja. Szybko się z tym wyrobiłyśmy i w skrócie opowiedziałam jej o dzisiejszych zdarzeniach. (Oczywiście moja droga kuzynka najbardziej była zainteresowana Matim, o którym na przekór opowiedziałam jej jak najmniej.) Wyrobiłyśmy się z lekcjami na obiad. Potem już musiałam iść do domu.

Bardzo lubię przebywać u mojej kuzynki. Chyba momentami bardziej, niż u siebie w domu. Kiedy wracałam rowerem, dużo myślałam o moim pierwszym dniu w szkole. Byłam pewna, że nie będzie tak spokojnie, jak w podstawówce. I nie myliłam się. 

niedziela, 6 października 2013

Rozdział 2 Dawni przyjaciele


Dostrzegłam kątem oka, że Zuza wyszła z przebieralni. Miała na sobie sukienkę w kolorze koralowym. Wyglądała przecudnie. Zmieniła się od końca szóstej klasy (mimo, iż minęły tylko dwa miesiące).
Hana ubiegła mnie ze skomentowaniem piękna mojej przyjaciółki.
-Jak Kacper cię zobaczy to padnie! Pięknie wyglądasz.
Hanna Milczewska była o rok młodsza ode mnie i Zuzki. Znamy się przez to, że nasi rodzice grywają razem w brydża. My zresztą też.
Minęło około sześciu godzin od feralnego „padnięcia na łóżko”, zaś półtorej godziny od zakończenia mojego treningu capoeiry. Zuza zadzwoniła do mnie i Hany, że potrzebuje pomocy, bo jej chłopak zaprosił ją na randkę a ona nie ma się w co ubrać. Tak też przyjechałyśmy we trójkę do centrum handlowego by załatwić ten jakże uporczywy problem.
Zapadła cisza a moje przyjaciółki chyba oczekiwały ode mnie komentarza, więc pośpiesznie powiedziałam:
-Wyglądasz ślicznie, ale dodałabym coś na ramiona bo jest ciupkę za mdławo.
-Nie rozpędzajcie się za bardzo, bo ta sukienka jest chyba, a raczej na pewno o rozmiar na mnie za mała – odparła Zuzka.
-Co za problem wziąć większą? – zapytała najmłodsza z nas.
-No właśnie nie ma większej. Mierzyłaś już tą granatową, Zuza?
-Tak. Ten kolor do mnie nie pasuje. Och, co ja zrobię! Mam problem! Za pół godziny zamykają sklepy, powinnam być już w domu a na dodatek zaciągnęłam was tu ze mną! – histeryzowała.
-Spokojnie! Mogę sprawdzić, czy w zapleczu nie ma tego rozmiaru, którego panienka potrzebuje. – Niespodziewanie za nami pojawiła się pracownica sklepu
-Naprawdę?! Była bym bardzo wdzięczna.
Powiedziałyśmy pani rozmiar i zniknęła pomiędzy wieszakami.
Wyciągnęłam iPhona, ponieważ dziewczyny zajęły się tematem, który mnie nie ciekawił. Miałam jedną wiadomość od taty oraz trzy nieodebrane połączenia od TATY, Wiktora i Adama.
 Co dzisiaj się dzieje z tymi facetami? – pomyślałam.
 W wiadomości było pytanie za ile będę. Odpisałam, że za około pół godziny powinnam być w domu. Do chłopaków nie dzwoniłam. Dalej jeszcze nie przemyślałam sprawy do końca.


Po piętnastu minutach wyszłyśmy ze sklepu w istnie szampańskim humorze. Okazało się, iż rzeczywiście piękna koralowa suknia czeka na Zuzkę na zapleczu.
Do domów zawiozła nas mama Hany. Weszłam do domu tanecznym krokiem. Była już 21 więc od razu wskoczyłam pod prysznic z piosenką Good girl gone bad Rihanny. Potem poszłam do pokoju i dopiero koło 22.30 poszłam spać (ach te zadania domowe). Wkroczyłam w objęcia Morfeusza z uśmiechem na ustach.
 Wyśniłam tej nocy piękne sny.
 Kolorowe obrazy przemykały przez mój umysł. Widziałam przyjaciół i wrogów, tych teraźniejszych, i zapomnianych.
Potem obudził mnie dźwięk budzika. Coś jakoś szybko. Moje zdziwienie nie miało granic. Już ranek? Zwlekłam się z łóżka, wyszłam z pokoju i zbiegłam schodami na parter. Tam cała rodzina jadła już śniadanie.
-Co dzisiaj jemy?
-Zależy co chcesz. Tosty, mleko? Czy coś bardziej wydumanego?
-Tosty. Najlepiej z dżemem.

================================================

 Gdy Alex z przyjaciółkami była w centrum handlowym 
 Usiadł do pianina. Jego chude palce poruszały się po klawiaturze z gracją i lekkością. Nagle z nastolatka w fullcap'ie zamienił się w eleganckiego chłopca. Grał Dla Elizy. Jego matka leżała na łóżku. Uroniła kilka łez. Potem przestała. Będzie silna przynajmniej dla swojego najmłodszego syna.
 Chłopak wstał uśmiechnął się do rodzicielki i poszedł do swojego pokoju. Włączył cicho muzykę klasyczną i spojrzał na siebie w lustrze. Włosy opadały mu na oczy. To znak iż pora pójść do fryzjera. 
 Nowe jeansy były ciupkę za duże a przy wręcz chorobliwej chudości nastolatka było to bardzo widać. Koszula po całym dniu była wymięta. Szczególnie po tym jak Natalia wpadła na niego w szkole.
 Właśnie. Dziewczyna jego marzeń. Idealna pod każdym względem. W porównaniu do Alex, była spokojna, ustatkowana, oraz... Naturalnie piękna (wiecie z tym naturalnym pięknem, to tak do końca nie jest. Chłopak był po prostu do granic zakochany i nie zauważał pewnych "szczegółów").
 Uśmiechnął się już po raz drugi w ciągu piętnastu minut. Potem podszedł do półki z książkami. Przeglądał nazwy i gdy znalazł odpowiednią wyciągnął ją z tłumu innych. Mikołajek uśmiechał się do niego z okładki. Chłopak usiadł na pufie i zaczął czytać. Lektura wciągnęła go do tego stopnia, że aż zapomniał o tabunie lekcji które miał zrobić. No, nic. Jakoś się wyrobi.

Od lewej: Hana,  Zuza.

 Tak więc zamieszczam ten oto następny rozdział. Nwm sami oceńcie czy krótki. Musiałam go umieścić bo mam kumulację dobrych pomysłów więc żeby za bardzo nie gmatwać w rozdziałach pojawił się on właśnie teraz :)

niedziela, 22 września 2013

Rozdział 3

Tak, wiem, długie to nie jest, ale zawsze coś. Nie wiedziałam za bardzo, w którym momencie zakończyć i skończyło się na tym. W każdym razie, serdecznie zapraszam na kolejny rozdział!

Rozdział 3, czyli spotkanie, które zawróciło mi w głowie
Dziesięć kroków do schodów. Schodek raz, dwa, pięć, dziewięć, zakręt. Raz, cztery, osiem, dziesięć. Noga prawa, lewa, prawa, lewa, lewa. Zakręt. Nagle moją synchroniczność przerwało, a raczej, przerwał, pewien chłopak na którego to po zderzeniu z jego klatą upadłam. Kiedy otworzyłam oczy (bo, oczywiście, przy upadku moje powieki momentalnie opadły), zdałam sobie sprawę, że przecież zaraz, ja go znam!
Gdy się z nim zderzyłam, chłopak wypuścił plecak, który się otworzył. Książki leżały porozrzucane na odległość kilku metrów. Postanowiłam, że mu pomogę, więc wymamrotałam litanię „przepraszam, bardzo przepraszam” i zaczęłam je zbierać. On siedział jeszcze przez jedną, może dwie sekundy na kafelkowej podłodze wyraźnie oszołomiony, lecz potem lekko potrząsnął głową i także zbierał razem ze mną. Wiele zeszytów nie leżało na podłodze, więc szybko je pozbieraliśmy. Kiedy sięgałam po ostatni zeszyt, poznałam po zapiskach, iż był on od matmy, nasze ręce się zderzyły i spojrzeliśmy sobie w oczy.
Ludzie, takich oczu to ja w życiu nie widziałam! I pewnie nie zobaczę. Mogłam zatonąć w ich orzeźwiającej, wiosennej zieleni zmieszanej z takim odcieniem błękitu, jaki można zauważyć wczesną jesienią lub późnym latem i choć może nijak to brzmi, wierzcie, iż efekt był oszałamiający. Rany, mogłam się w nie wpatrywać w nieskończoność. Taki kolor tęczówek! A ich właściciel też był nie najgorszy. No dobra, był przystojny, nawet trochę bardzo. Przypominał mi Aarona Taylor- Johnson’a jako Robbiego w filmie Angus, stringi i Przytulanki, tylko że w wersji blond. No i może powtórzę: TE OCZY!! Powinno się zakazać posiadania takich oczu, bo przecież…
- Ekhem? Możesz mi to oddać? – zapytał.
No tak. Ja, jak na idiotkę przystało, gapiłam się w te jego nieziemskie oczy i Bożego świata poza nimi nie widziałam, a chłopak pewnie chciałby już iść do swoich kumpli. Puściłam więc zeszyt i uśmiechnęłam się przepraszająco, trochę zmieszana. On wstał, strzepnął spodnie (nie wiem z czego, po podłoga jak na podłogę w gimnazjach była niesamowicie czysta) i wyciągnął do mnie rękę. Z wdzięcznością ją ujęłam i podniosłam się na nogi. Udałam zdziwioną i powiedziałam:
- O, ja cię chyba znam. Mateusz, jesteś przyjacielem, tego, jak mu tam, Wiktora, chłopaka Alex, no nie? – paplałam bez sensu jak zawsze, gdy byłam zdenerwowana.
Zmarszczył brwi i uśmiechnął się do mnie.
- Tak, jestem przyjacielem „tego, jak mu tam”, ale mów mi Mati. O ile dobrze pamiętam, bo przecież to było tak dawno, – Ostatnie słowo przeciągnął i widocznie się ze mnie w duchu śmiał. – że mogłem zapomnieć, nazywasz się Kreska, prawda?
Zazgrzytałam w duchu zębami.
- Nazywam się Krystyna Jabłońska, na imię mam Krysia, a wołają na mnie Kreska i ty, bardzo proszę, też tak na mnie wołaj, dobra?
Wywrócił ze śmiechem, którego już nie ukrywał, oczami.
- Ohoho, widzę, pani polonistka się znalazła. Jak zgaduję, jesteś w klasie humanistycznej? – powiedział.
- I tu się właśnie potykasz! Znaczy się, mylisz, bo razem z Alex chodzimy do klasy matematyczno-językowej, wiesz, tej która została utworzona głównie z dzieciaków z tej podstawówki. Znana także jako IC. – Lekko się przed nim skłoniłam.
- No tak. – Zapanowała między nami trochę niezręczna cisza, którą przerwał dzwonek. – Słuchaj, całkiem fajna jesteś, chciałabyś przyjść dzisiaj na nasz trening?
Zamurowało mnie. On. Zapraszał. Mnie. GDZIEŚ?! Na trening?! Oh, na trening, okej, okej, będzie okej przynajmniej nie zostanę sam na sam z tymi boskimi oczami i ich właścicielem.
- Jasne, chętnie. Ale o której? – Nagle przypomniało mi się, że ja też mm dzisiaj trening, tak jakby. – Bo mam dzisiaj próbę.
- Przyjdę do ciebie po tej lekcji i wszystko ci powiem. Na razie! – Machnął do mnie ręką, co chyba oznaczało pożegnanie w tej dziwnej szkole, i zniknął. Znaczy się, nie ZNIKNĄŁ, tylko poszedł do swojej klasy, a ja uczyniłam to samo.
Po francuskim, na którym podzieliliśmy się na dwie grupy początkujące, bo nikt nie uczył się wcześniej tego języka prócz mnie (niestety, nie byłam w grupie z Alex) i KOLEJNYM omówieniu zasad nie mogłam się wręcz doczekać, aż zabrzmi dźwięk dzwonka. Kiedy to się wreszcie stało wypadłam jak strzała z klasy i popędziłam… No właśnie, nigdzie nie popędziłam, bo wcześniej przecież nie ustaliłam tego z Matim.
Poszłam więc na korytarz, w którym się zderzyliśmy, usiadłam na ławeczce i czekałam. Był to już koniec moich lekcji na dzisiaj i chciałam możliwie jak najszybciej wrócić do domu, no ale przecież się zgodziłam. Dokładnie czterdzieści osiem sekund po dzwonku chłopak wyszedł zza rogu i chyba miał zamiar do mnie podejść, ale coś (czyt. ktoś, ale dla mnie ten ktoś pozostanie czymś) zagrodziło mu drogę i zrobiło coś, o czym bym nawet nie pomyślała.
Mianowicie, gdy popielatowłose stworzenie zagrodziło chłopakowi o niezwykłych (ach!) oczach drogę, położyło mu ręce na ramionach i spojrzało (jak sądzę) głęboko w oczy. Gdy Mati także na to spojrzał, długowłosa istota pocałowała go w policzek, zostawiając na nim ślad różowego błyszczyka.
Gdy to odeszło Mati chyba przypomniał sobie, że miał coś zrobić, a gdy mnie zauważył to wiedział już dobrze co chciał zrobić. „Mały potwór”, jak tą dziewczynę nazwałam, odszedł w siną dal a ja nadal stałam jak wmurowana i gapiłam się w miejsce, gdzie przed chwilą (nawet nie chciałam o tym myśleć, ale cóż, spójrzmy prawdzie w oczy) para stała.
Chłopak stanął naprzeciwko mnie i zapytał:
- To co, trening mamy za godzinę, nadal jesteś chętna?
Chęcią nie można było tego nazwać, oj nie. Kiedy zobaczyłam Matiego po francuskim, moje serce zaczęło walić jak oszalałe, a gdy to go pocałowało, ten jakże ważny organ jakby się zatrzymał. Na wstrzymanym oddechu oczekiwałam reakcji drugoklasisty lecz on zachowywał się tak, jakby to było normalne.
Cóż, może było. Może to była jego siostra lub (tu przełknęłam wielką gulę w gardle) jego dziewczyna? Przecież w takich przypadkach pocałunki w policzki są normalne. Ta dziewczyna była nawet w pewnym sensie do niego podobna.
No dobra, nie oszukujmy się. On mi się podobał i po prostu szukałam wymówek, dla których Mati mógłby być wolny, a jeszcze lepiej by było, gdybym ja też mu się podobała. Chociaż…
Mogłabym szepnąć słówko Alex, ona by coś powiedziała swojemu Clarkowi Kentowi, on zaś by się podpytał swojego kumpla, mojego obiektu westchnień, co o mnie sądzi. Jak w podstawówce! I żeby nie było, mam na myśli młodsze klasy.
- Trening? Za godzinę? – W myślach wykonałam debatę czy opłaca mi się iść, czy nie. – Ach! Nie, sorry, za godzinę muszę być już w domu, ale może innym razem? – Uśmiechnęłam się przepraszająco.
Albo mi się wydawało, co było bardzo możliwe, albo chłopak był odrobinę zawiedziony.

- Okej, nie ma sprawy. Jutro też mamy trening, to może wtedy? – Łapał się jak tonący brzytwy i wiedziałam, po tonie jego głosu i oczach, że nie jest to bezinteresowne, ale nie zadawałam pytań i po prostu się zgodziłam. 

sobota, 14 września 2013

Rozdział 1 Może troszkę bardziej od początku..


 Podbiegłam do Wiktora w czasie gdy Kreska została w tyle. Chłopak zauważył mnie i zszedł z boiska. Zresztą i tak większość chłopaków podbiegło do kogoś kto przed chwilą dostał piłką.
 - Hej! - Zawołałam a on tylko podbiegł i pociągnął mnie na ławkę obok siebie.
 - Pozwolisz, że tylko się ogarnę? - Zapytał. Był cały mokry i zarumieniony.
 - Oczywiście. O, Krecha coś zmalowała. -  Stała obok postrzelonego piłką Azjaty o imieniu Shinji. Po chwili podeszła do nas, a ja powiedziałam:
 - Wiktor Krysia, Krysia Wiktor.
 - Hej - powiedział mój chłopak, a moja przyjaciółka odpowiedziała mu to samo.
 - Nasza nowa! Czy Wiki rozkochał w sobie kolejną pannicę? - Podszedł do nasz nasz kumpel Mati. Zauważyłam, że Kresia się zarumieniła. Stwierdziłam, że czas wkroczyć do akcji.
 - Mateuszu! Jak miło! Ostatnio jak cię widziałam to zabierali cię z boiska po wypadku. Hmm... Niech sobie przypomnę... Jakaś psychofanka wpadła na boisko i przez przypadek złamała ci rękę? Ach! Zapomniałam! Żadna dziewczyna na ciebie nie leci. Co za pech!
 - Znalazła się pannica. Gada a nie przedstawi. - Podał rękę mojej przyjaciółce. - Mati. Znajomy tych dwóch dziwnych przypadków.
 - Na pewno! Uważaj na słowa kolego. - Powiedział Wiktor i potargał mu czuprynę. Mati był od niego niższy, niestety, niewiele.
 Wreszcie Krystyna odważyła się przemówić.
 - Cześć, Kreska jestem. Czy mi się wydaje, czy to ty stoisz na bramce? - W jej głosie można było usłyszeć lekki podziw.
 - No tak.- Powiedział Mati. - Nieźle się oberwało Shinj'emu. Gratuluję!
 - Czego tu gratulować? To był czysty przypadek. Wiesz, co do piłki...
  Wiktor spojrzał na mnie porozumiewawczo. Potem oddaliliśmy się od boiska żeby porozmawiać.
 - Ola mam dla ciebie propozycję. Bo wiesz ja tak sobie pomyślałem, że za mało czasu ze sobą spędzamy. Jadę w następny weekend z rodzicami nad jezioro i mogę zabrać ze sobą kilku znajomych.
 - I że niby mam jechać z tobą?!
 Wiktor speszył się.
 - No tak...
 Nie wytrzymałam.
 - Super!!! Dawno nie byłam nad jeziorem! Moglibyśmy jeszcze wziąć Krechę!
 - Yyy... Spoko. To ja zabiorę Matiego. Zresztą on tam jeździ ze mną co roku.
 Mój chłopak rozejrzał się i cmoknął mnie w usta.
 Krechalska i Mati gadali sobie w najlepsze, chyba się o coś sprzeczali, bo Kreska zawzięcie gestykulowała.
 Zobaczyliśmy, że w naszą stronę idzie moja była kumpela. Jeden z plastików.
 Mianowicie: Natalia.
 - O czym tam gruchacie? - mówiła niby do nas obojga, ale patrzała tylko na Wiktora. - Wikusiu -Jak ja nienawidziłam tego zdrobnienia!- mówiłeś coś o jakimś jeziorze wczoraj na treningu - Chodzili razem na tenisa - i ja chcę jechać.
 Nie mogłam w to uwierzyć! Wiki zawsze mówił, że z nią nie rozmawia! Spojrzałam na niego pytająco.
 - Po pierwsze: nie mówiłem do ciebie. Po drugie: wszystkie miejsca zajęte.
 - Pewnie przez Alex. Ma tak duży tyłek, że zajmuje 2 miejsca. Żal mi cię. - Wykonała dziwny gest ręką.
 Nata od dawna zarywała do mojego chłopaka. Mimo tak wzmocnionej psychiki na szyderstwa, zachciało mi się płakać. Wiktor chyba to wyczuł, bo przytulił mnie mocno. W tym czasie Natalia odeszła do reszty plastików. Czułam się jak w filmie Mean Girls. Jakaś masakra!
 Szykuj się Natalio. Nadchodzę. Zaufaj, że nawet nie poczujesz jak zepsuję ci "karierę".

==================================================================

 Spotkałam się z Krechalską pod klasą do matmy. Opowiedziała mi, że z  Matim gadało jej się nawet spoko.
 - Chciałabyś pojechać nad jezioro? - Zapytałam ni z gruszki, ni z pietruszki.
 - Jasne. A co, chcesz się wybrać? Jak znam życie, to pewnie jeszcze z jakimiś chłopakami.
 - Aha. Ja, ty, Wiki i Mati. W ten weekend.
 - Zapytam się rodziców.
 Weszłyśmy do sali w której miałyśmy teraz lekcję. Gdy wyjmowałyśmy zeszyty, w mojej torbie zauważyłam małą karteczkę. Napisane było na niej, że mam dziś dłuższy trening, żebym nie zapomniała. Czyli snucie moich planów co do zemsty musiało poczekać.
 Mniej, więcej w połowie lekcji (oczywiście połowa klasy spała) znudzona wyciągnęłam z kieszeni telefon. Mimo, że siedziałam w drugiej ławce nauczycielka tego nie zauważyła. Czy ona naprawdę jest tak ślepa, czy tylko udaje?!
 Jedna wiadomość. Patrzę na nazwę. Adam.
 Kiedy kończysz? Wbijesz na fejsa? :D Ja tam siedzę na fizyce. A ty?
 Dobrze wiedziałam, że on ma fizykę. Chodził do klasy z Wiktorem. Odpisałam.
 Matma. Miałeś rację! Zwiadowcy to fenomen! Jestem na księdze piątej i nie mogę doczekać się jedenastej. Dobra kończę bo matematyczka na mnie świdruje. Baj, baj! Aha kończę o 15.20, ale nie spotkam się z wami. 
 Po chwili odpisał. Uśmiechnęłam się mimowolnie.
 Spoko. Masz pozdrowionka od Wiktora. Ach, no i całusy bo on mnie wyszturcha na śmierć. Paaa...
 Po katordze, którą oczywiście była matma (!) wskoczyłam do samochodu taty, czekającego na mnie przed szkołą. Od razu przedstawiłam mu sprawę z jeziorem. On odpowiedział, ku memu niezadowoleniu:
 - Doskonale wiesz o tym, że w tamtym roku opuściłaś się przez tego chłopaka w nauce. Tylko z nim spędzałaś czas - tu zrobił przerwę, która ustanowiła ciszę tak namacalną, że aż można było kroić ją nożem. - Będę musiał porozmawiać o tym z mamą. Dostajesz wszystko czego zapragniesz co nie wpływa na ciebie korzystnie. Ten Wiktor w końcu cię rzuci i pożałujesz tego. Co innego Adam... - Nie dałam mu skończyć bo wiedziałam, że wystawi mi kazanie.
 - Ale ja go kocham! Zrozum to tato! Adam to tylko kumpel!
 Podjechaliśmy pod nasz dom.
 Moi rodzice poznali Adama zgoła pół roku temu gdy zaczęłam się z nim kumplować. Wynikło to z tego, że ostro pokłóciłam się z Wiktorem. To był okropny czas w moim życiu, aczkolwiek nie ruszył mnie o jakoś poważnie.
 Nie rozumiałam koleżanek które zalewały się łzami z powodu chłopaków. Po prostu gdyby nie dawały się tak traktować nic takiego by nigdy nie wynikło.
 A jednak... Chociaż może jeszcze nikogo na tyle nie pokochałam... Nie! Przecież jest najlepszy z najlepszych: Wiktor. Z drugiej strony pamiętam jeszcze słowa Kreski:
 Ach, rozumiem. Chłopak typu „Jestem taki zalatany, ale mam dla ciebie czas, bo jesteś dla mnie najważniejsza”? I co, pewnie jest też kapitanem tutejszej drużyny piłkarskiej i największym ciachem w szkole? Czekaj, niech zgadnę… Jest drugoklasistą, który był rok temu przewodniczącym samorządu i połowa gimnazjum się w nim kocha?
 Druga połowa była bardzo pochlebna. Zaś początek dał mi do myślenia. Z jednej strony mój chłopak był nader opiekuńczy, popularny i wgl. Z drugiej czy aby na pewno zwracał na  mnie wystarczająco dużo uwagi? Jeszcze na dodatek ta sprawa z Natalią. Niby nic, ale jednak coś.
 Zagubiona we własnych myślach pobiegłam do swojego pokoju i skoczyłam na łóżko. Musiałam to wszystko przemyśleć.



Friends :)

niedziela, 11 sierpnia 2013

Rozdział 2

Rozdział 2, czyli jak zrobiłam z siebie kretynkę
- Kreska, co teraz mamy? –Alex zadała mi to pytanie, po raz kolejny tego dnia. Jakby nie wiedziała, że planu lekcji na pamięć nie znałam i tak jak ona, gdyby tylko chciała, musiałam wyciągać z kieszeni żakietu kartkę z planem zajęć.
Westchnęłam, po czym wyciągnęłam już pogniecioną przeze mnie kartkę.
- „Język angielski, sala/e:  sto trzynaście, dwadzieścia cztery, nauczyciel/e prowadzący: C. Kochanowski, D. Frączak” -  przeczytałam. – A, tak poza tym, to teraz jest przerwa śniadaniowa. Czy…
Alex przerwała mi:
- Tak, wiem, że to śniadaniówka. Chcesz zjeść śniadanie ze mną i Wiktorem?
Wiktor był chłopakiem mojej nowej koleżanki i z tego, co zdążyłam się dowiedzieć, jej wielką miłością. Jeszcze go nie poznałam, ale z opisów Alex wyobrażałam go sobie jako  Supermana, który wcale nie kryje się ze swoją tożsamością.
- Okej, chętnie poznam twojego „bohatera”…
Gdy wypowiedziałam te słowa, Olka wyciągnęła z kieszeni żakietu najnowszego iPhona 5. Nakładka na telefon była kosmiczna… Dosłownie. Przedstawiała fioletowy kosmos ze skupiskiem lśniących gwiazd. Od razu rozbolały mnie oczy.
Alex zaczęła coś szybko pisać, jak podejrzewałam, SMS do Wiktora. Przypuszczałam także, iż treść wiadomości mogła brzmieć tak: „Jak tam, miffku? Nie masz w pobliżu żadnych ziomków? Jeśli tak, to odpisz, bo chcę ci przedstawić moją nową najkę. xoxo”. Albo może nawet bez polskich i interpunkcyjnych znaków.
- Piszesz do swojego osobistego Clarka Kenta? Nie ma nic przeciwko, żebym razem z wami zjadła? – zapytałam.
Bo wiecie, może wyglądałam na śmiałą, ale wcale taka nie byłam. Pod tekstami o biegających wróżkach i polskich chrabąszczach na Arktyce kryła się bardzo nieśmiała dziewczyna, która bała się odrzucenia czy upokorzenia. Ten strach był spowodowany przez osobę, której wolałam nigdy więcej nie spotkać.
Widocznie się zamyśliłam, bo gdy znowu spojrzałam na Alex, ta patrzyła na mnie pytającym wzrokiem.
- Możesz powtórzyć? – powiedziałam.
Dziewczyna znacząco przewróciła oczami.
- Teraz to nieważne. Normalnie odpowiedziałabym „wal się”, ale jesteś moją przyjaciółką. Mam rację, nie?
Och, kolejna sprawa. Z zasady przyjaciółmi nie nazywałam ludzi, których znałam bardzo krótko, jak na przykład dzień, dwa lub tydzień, czy nawet miesiąc. Wiem, że prawdziwi przyjaciele zawsze chcą dla ciebie jak najlepiej, są oddani, serdeczni i wierni, pomagają w każdej potrzebie. Jak w tej reklamie jakiegoś piwa, gdzie ktoś do kogoś dzwoni i mówi, że przetrzymuje jego przyjaciela i dana osoba ma przyjechać w wyznaczone miejsce, by przyjaciela ocalić.
Nie chodziło mi o to, że moim przyjacielem mógł zostać tylko człowiek, który się jakoś dla mnie poświęcił. Po prostu z doświadczenia wiedziałam, iż ludzie nie zawsze są tacy szczerzy, jacy się na początku wydają.
- Jasne. To co, idziemy w końcu do twojego „boya”, czy jemy śniadanie – na które oczekiwałam z niecierpliwością, ponieważ, jak może pamiętacie, nic do tej pory nie jadłam – same?
- Idziemy, idziemy. Chcę, żeby Wiktor cię poznał.
Kiwnęłam głową i w jednej chwili poczułam, jakby ktoś walnął mnie w brzuch. Tego się właśnie obawiałam, konfrontacji ze starszym od siebie chłopakiem, który mnie prawdopodobnie wyśmieje, a na którego opinii mi zależało.
Alex poprawiła swoją torbę, ja założyłam na ramię ukochany plecak i ruszyłyśmy na spotkanie z chłopakiem mojej nowej koleżanki.
Gdy kluczyłyśmy po korytarzach naszej nowej szkoły zdałam sobie sprawę, iż Olka zna ten budynek lepiej, aniżeli myślałam. Ani razu się nie zawahała czy pomyliła, prowadząc mnie do Wiktora, dlatego z lekka się na nią zirytowałam, ponieważ wcześniej to ja musiałam być „przewodniczką” po szkole.
Po kilku minutach marszu doszłyśmy wreszcie w aktualne miejsce pobytu Wiktora. Okazało się, iż miejscem tym było szkolne boisko, gdzie chłopcy grali  piłkę nożną, a ich dziewczyny i koleżanki (jak podejrzewałam, ciche wielbicielki) plotkowały o tylko im znanych tematach.
Boisko to było dosyć przestronne. Otaczała je tak zwana „korona”, czyli ziemia usypana naokoło boiska. Prócz szkolnego stadionu (pozwólcie, że go tak nazwę) były tam także plac zabaw oraz boisko wielofunkcyjne. Przy każdym z tych miejsc stało po kilka ławeczek, takich samych, które były w budynku.
Alex ruszyła ku boisku do piłki nożnej, gdzie, jak podejrzewałam, był jej chłopak. Poszłam za nią, bo niby co innego miałam zrobić? Jak już się w to wpakowałam, to odwrotu przecież nie było, inaczej nie miałabym żadnych znajomych w klasie, a Olka była fajna.
Na polu do gry grupka drugo- i trzecioklasistów grała w nogę. Byli podzieleni na ośmiu plus bramkarz. W tym dniu było ciepło, więc połowa chłopców była w koszulkach, a druga połowa bez.
Gdy przechodziłyśmy do ławeczek, Alex szła trochę szybciej niż ja, więc pozostałam w tyle. Obróciłam głowę w stronę grających i w ostatniej chwili zauważyłam, że piłka leci w moim kierunku. Dosłownie. Pędziła w kierunku mojej głowy, a ja, gdy wreszcie zdałam sobie z tego sprawę (ach, ta moja koordynacja), zgrabnie podskoczyłam i odbiłam piłkę głową. Niestety, zrobiłam to chyba za mocno, bo futbolówka walnęła w policzek jednego z chłopaków, który w moją stronę podbiegł. Siła była chyba tak wielka, że aż upadł, chociaż może (na pewno) dramatyzował. Przecież nie jestem tak silna, prawda?
Wszyscy na boisku jak na zawołanie spojrzeli na chłopaka. No jasne, można się było domyślać, że już pierwszego dnia zrobię z siebie idiotkę. Ale żeby większość z zgromadzonych tutaj osób musiała tak od razu do niego podbiegać? Znając życie, pewnie ktoś już dawno poleciał po jakiegoś nauczyciela, a z moim szczęściem, pewnie i po dyrektora.
Syknęłam i szybko podeszłam do nastolatka.
- Nic ci się nie stało? – powiedziałam, klękając koło jego głowy.
Chłopak, którego uderzyłam piłką, był raczej drugoklasistą. Miał dosyć egzotyczny typ urody, mianowicie azjatycki. Jego kruczoczarne włosy sterczały na wszystkie strony, wyglądało to, jakby nigdy się nie czesał.
Azjata otworzył jedno oko, które szybko spotkało się z moimi. Następnie, przyłożył sobie ręce na policzek i zaczął udawać, że dostał drgawek. Wszyscy wkoło zaśmiali się, a ja prychnęłam z ulgą, po czym najzwyczajniej w świecie od niego odeszłam.
Gdy już wyszłam z tłumu, rozejrzałam się po boisku, szukając wzrokiem Alex. Zauważyłam ją przy jednej z ławeczek, siedzącą koło chłopaka bez koszulki, który wycierał się małym ręczniczkiem. Czym prędzej do nich podbiegłam.
Gdzieś tak pięć metrów od nich zwolniłam do tego stopnia, że ledwo można to było nazwać „chodem spacerowym”. Powodem tego były moje obawy względem Wiktora.

„No nic, mówi się trudno” – pomyślałam. – „I tak za dużo osób mnie tu widziało, gdybym teraz sobie stąd poszła, wszyscy by pomyśleli, że uciekam po moim „przyłożeniu” na policzku Azjaty.”
Westchnęłam i zaczęłam iść już w normalnym tempie.

~~*~~

Na matmie, podczas której połowa klasy spała, a druga połowa bawiła się komórkami, miałam wrażenie, że jako jedyna słucham nauczycielki, która w ogóle nie zwracała uwagi na uczniów. Chociaż i tak mówiła tylko o organizacji pracy na lekcji, co przerabialiśmy na lekcjach wcześniejszych oraz jak podejrzewałam, będziemy robili przez cały następny tydzień.
Gdy zabrzmiał dźwięk upragnionego przez wszystkich, głównie, jak myślałam (i pewnie miałam rację) przez nauczycielkę, cała klasa z prędkością światła wybiegła z klasy. Oprócz mnie, nauczycielki i pewnej osoby, która cicho pochrapywała w kącie.
Na każdej lekcji zajęłam miejsce przy oknie, na matematyce też tak było. W tej klasie ławki były pojedyncze, więc Alex usiadła przede mną, a raczej ja usiadłam za nią. Uczeń lub uczennica (nie zdążyłam się dokładniej przyjrzeć) siedział dwa miejsca za mną, dlatego wcześniej go nie zauważyłam.
Wstałam z krzesła, założyłam plecak na ramię i podeszłam do owej osoby, która okazała się jednak dziewczyną, na szczęście. Jak na dzisiaj miałam dość chłopaków, chociaż to nie był koniec, z czym zdawałam sobie sprawę.
Lekko trąciłam nieznajomą w ramię. Jeśliby się zaraz nie obudziła, to mogła się spóźnić na kolejną lekcję, mianowicie francuski. Odchrząknęłam.
- Ekhem, nieznana mi dziewczyno? Czy mogła byś sprawić mi tę przyjemność i odfrunąć z krainy snów, zwanej także krainą Morfeusza?- powiedziałam. Wiedziałam, że gdy mówi się do człowieka w dziwny sposób, on zwraca na ciebie większą uwagę, niż gdyby mówiło się normalnie.
Jednakże na dziewczynie nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Musiała spać naprawdę mocno, bo nic, po przemawianie przez szczypanie po szturchanie nie wybudziło jej ze snów. A czas mijał.
Wreszcie nauczycielka matematyki, zwana przez wszystkich uczniów Kretem bądź Liniją (wytłumaczę później), zrobiła coś, czego nigdy bym się po niej nie spodziewała. Mianowicie, tak po prostu, pogilgotała dziewczynę, na co ona zareagowała donośnym, perłowym śmiechem. I otworzyła oczy.
Właśnie, oczy. Moim zdaniem to właśnie one określały człowieka. A ona, znaczy się, jej oczy, były takie… puste. Bez wyrazu. Jakby ich właścicielka o niczym nie myślała. Co, jak miało się później okazać, było kompletnie mylne.
- Och, to już koniec lekcji?- spytała z autentycznym zdziwieniem wymalowanym na jej delikatnej, niemal nieskazitelnej twarzy. Jak się domyśliłam, było to pytanie retoryczne.
Ułożyłam ręce jak Mona Liza z portretu Da Vinciego, uśmiechnęłam się do niej, jak na mój gust, słodko i powiedziałam:
- Witaj, cna niewiasto. My się chyba wcześniej nie spotkałyśmy, jak sądzę, jeśli jest inaczej, najserdeczniej panienkę przepraszam. Me imię to Krystyna i jesteśmy od dzisiaj towarzyszkami z jakże szanownej klasy IC. – No i jeszcze dygnęłam, jak na damę, którą nie byłam, przystało.
Dziewczyna uśmiechnęła się wywyższająco i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Ups. Mogłam tego nie robić, bo najwyraźniej był to typ „pani Popularnej”, która, jak na „panią Popularną” przystało, musiała mieć w szkole tak zwaną „służącą”. Waszym pytaniem pewnie jest, skąd ja to wszystko wiedziałam? No cóż, oglądało się w życiu seriale dla nastolatek.
- Och, nie kłopocz się, Krysiu, z tymi przeprosinami. Bo mogę tak do ciebie mówić, prawda? – odpowiedziała mi z naciskiem na ostatnie zdanie. Bosze (tak, bosze), jak ja nienawidziłam tego skrótu!
Zazgrzytałam zębami.
- Proszę, nie nazywaj mnie tak, bo wieczorem będziesz mogła przypadkiem – Tu naznaczyłam cudzysłów w powietrzu.- znaleźć pod łóżkiem coś, lub, echem, kogoś. A jak ty masz na imię? Bo najwyraźniej nie miałaś dotąd okazji mi je wyjawić.
Dziewczyna prychnęła.
- Nie znasz go? Przecież mnie znają wszyscy. Mam na imię Natalia. Nie martw się, na pewno jeszcze o mnie usłyszysz. – Poklepała mnie z pozoru pocieszająco po ramieniu i wyszła z sali.
Zazgrzytałam zębami. Ale ta dziewczyna mnie wkurzała!
Kret najspokojniej w świecie gadała sobie przez telefon, nawijając na palec kosmyk włosów. Kiedy wyszłam z sali, nawet tego nie zauważyła, tak była zajęta rozmową.
Westchnęłam cicho i zaczęłam przeciskać się przez tłum uczniów, który powstał na korytarzu podczas przerwy. Bez problemu doszłam do sali j. francuskiego, wcześniej miałam w klasie obok chemię. Naprzeciwko drzwi siedziała Alex na ławeczce i zawzięcie stukała coś na tym swoim kosmicznym telefonie, zapewne SMS do swojego chłopaka. Odstawiłam plecak pod ścianą przy reszcie plecaków i podeszłam do Olki.
- Co robisz? – zapytałam.
- Piszę esemsa.

- Okeeej, w takim razie nie przeszkadzam. – I odeszłam. Jak nie chce gadać, to nie, ja się przespaceruje po mojej nowej szkole. 


Ta-dam tara-dam! W końcu Rozdział 2! Przepraszam, że tak długo, ale potrzebował jeszcze trochę czasu, by się dopracować. A poza tym, jak już wcześniej pisałam, wyjeżdżałam na wakacje, więc dużo czasu na pisanie nie miałam. Ale radujcie się, albowiem już niedługo Rozdział 3!

wtorek, 30 lipca 2013

Sorry, autorka też człowiek

 Tak więc (wiem, że zdań się tak nie zaczyna J), jak pewnie zauważyliście – lub nie - już od dłuższego czasu nie wstawiłam rozdziału. Powodem są moje, oraz SkrytejPL, wyjazdy. Jak ja wyjeżdżam, to ona wraca i vice versa. No i nie możemy się jakoś zgrać, a potrzebuję jej do napisania kolejnego rozdziału. Chodzi o to, że nie mogę czegoś napisać bez jej pomocy. Tak więc, na kolejną dawkę tekstu będziecie musieli poczekać max. do 12.08.

Życzę miłego dnia, Maniana


czwartek, 11 lipca 2013

Prolog

Prolog
Życie pozagrobowe... Pffff, to nie to! Życie pozaziemskie... Nie, to miało być jakoś inaczej! Aaaa... Już wiem! Eureka!  Życie poza szkolne Olki - spisała Olka
   Czyli o tym co ta walnięta dziewczyna widzi poza Kreską i Wiktorkiem
  Dzień pierwszy, niedziela.
  5, 10, 15, 20 minut. Tyle gapiłam się z politowaniem na włączony odkurzacz leżący w kącie mojego ogromniastego pokoju. Kiedy moja stara zrozumie, że NIENAWIDZĘ tego robić?!
  Robiłam to w każdą niedzielę, zawsze o piętnastej a moja mama dawała się nabrać na to, że posprzątałam i, że jestem słitaśnym aniołkiem który świeci paczałakmi na czystość. Zamiast tego moja rodzicielka płaciła za dwadzieścia minut bezsensownie zużywanego prądu.
 - Mamo jest czyściutko!
 - Dobra sprawdź czy masz mundurek w szafie!
 - Taaa... Zobaczę co da się zrobić. - Olałam to jak prawie wszystko w moim życiu.
 Wychyliłam się z pokoju. Moja młodsza siostra odwalała taniec szajby przed moją sypialnią. Przekrzywiłam moją zacną głowę i spojrzałam na nią z wyższością. A Rafa mówił, że to ja mam mały iloraz inteligencji. Wyciągnęłam mojego Iphona i pstryknęłam fotkę.
 - Jaka ja jestem wstrętna... - Zamruczałam pod nosem.  Tamara miała zrujnowany miesiąc. Wszystko dzięki temu jednemu zdjęciu które trafi do kalendarza bliźniaków... Zaśmiałam się pod nosem i schowałam z powrotem do mojego pokoju, gdy nagle pomyślałam, że zobaczę co dzieje się w pokoju mojego starszego o całe pięć lat braciszka. Pędem przebiegłam korytarz i przystawiłam ucho do drzwi.
 - Rafa, ale ty jesteś słodki! Dajesz mi maskotki! - był to głos tępej, jak nie powiem co, dziewczyny mojego brata. Miała IQ równe kurze (oczywiście bez obrazy dla kur)!
  Nagle od tyłu zaszła mnie Tam. Wystraszyłam się i zahaczyłam o klamkę dłonią. Drzwi stanęły otworem.
 - Kogo tu widzę? Moje dwie siostry, z których jedna to małolata, a druga pusta lala z farbowanymi włoskami!
 - Prędzej twoja dziewczyna jest pusta niż ja! Jest wróżką która wieczorami chodzi do lasu i skacze w kolorowej kiecce pomiędzy drzewami! - To tekst Krystynki. Czasem był, aż za bardzo przydatny.
 - Uważaj na słowa, dziewucho! - krzyknęła Judyta (imię dziewczyny z IQ kury),  niestety za głośno bo do pokoju wparowała mama.
 -Co tu się wyprawia? Dzieci?
 Nagle Tama zrobiła coś czego zupełnie niespodziewanego.
 - Ta pani obraża Olunię! Mówi, że Olusia jest dziewuchą! - Moja siostra rozpłakała się. Rzadko to robiła, ale jak już beczała to na całego. Przybiegli Marek i Piotrek. Jeszcze ich tu brakowało. Wpiszą to sobie do swojego durnego kalendarza, pt. ,,Wtopy naszej "kochanej" rodzinki". Jak ja mogłam się przed chwilą cieszyć, że Tamka do niego trafi? Na końcu miesiąca mieliby z tego taką bekę, że biedna by nie wytrzymała psychicznie!
  Jedno wiedziałam: moja kochana siostrzyczka właśnie uratowała mi tyłek.
  Mama stała jak wryta. Bliźniacy już się chichrali.
 - Pani głucha czy co? Słyszała pani Olkę?! Jak mnie wróżką nazwała?!
 - Bo nią jesteś - powiedział Marek - tylko, że w gorszej odsłonie hehe.
 - Co masz na myśli dzieciaku?!
 - Jesteś CZAROWNICĄ! O patrz wyskoczyła Ci brodawka! Tu jest następna! Wydłużył Ci się też nos! - Bliźniacy śmiali się na cały głos. Nagle zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli na dziewczynę Rafy. Była czerwona na twarzy i strasznie zdenerwowana. Z jej mimiki czytało się jak z otwartych kart.
 - Wiesz, że komary najczęściej gryzą blondynów? A jeden właśnie lata obok ciebie. - Powiedziałam to taką spokojnie jak nigdy. Judi bała się komarów. Tyle, że ja nie żartowałam.
 - HA, HA! Kłamiesz smarkulo!
  Komar usiadł na jej ramieniu i rozpoczął posiłek. Dziewczyna skapnęła się, że nie żartowałam, a potem... Zemdlała. Mama z Rafkiem stwierdzili, że zawiozą ją na pogotowie, co zrealizowali. Ja zostałam w domu z Tamką i bliźniakami.
 Za pięć minut miała przyjść do mnie kumpela, Krechalska. Znałyśmy się od tygodnia, bo najwyraźniej Bóg chciał abyśmy poszły do jednej klasy. I dzięki Mu za to!
 Miał przyjść też mój słodziak, Wiktor. Rzadko używałam tego typu słów, ale jego nie dało się inaczej określić. Świetny kapitan drużyny piłkarskiej, o pięknym, wręcz oliwkowym odcieniu skóry, czekoladowych oczach i ciemnych, długich włosach. Największe ciacho w szkole. Chodzimy ze sobą od mojej piątej klasy, więc trzy lata. Starszy o rok. Dość dobrze się uczy. Nie pali, nie pije, nie ma problemów z prawem. Jest tylko jedno "ale". Jego słownictwo. Ale wam przyznam, że sama święta nie jestem.
 Zmieniłam ciuchy na bardziej... Normalne. Dresy i zjechaną bluzę zmieniłam na rurki i koszulę w kratkę.Uczesałam włosy. Moje wiśniowe końcówki połyskiwały w słońcu przedzierającym się przez zasłonkę. Wiki ich nie lubił, a dokładniej "nie zwracał na nich uwagi". Nie rozumiem facetów.
 Włączyłam muzykę. BMTH dudniło w moim azylu. Zawibrował mój telefon.
(Wiktor-W)
W: Hej! Spóźnię się ): Zwiał mi autobus, a następny jest o 16.30 czyli o godzinie naszego spotkania. Sorry Pandziu ;3
 Nazywał mnie tak bo uwielbiałam te zwierzaki.
(Olka-O)
O: Jak to?! Nie przeżyję pięciu minut dłużej bez cb! Krecha mnie zje i co? Po mnie ;D Na dodatek miałam dzisiaj niezły incydent w domu. Opowiem ci ja się zobaczymy.
W: Heh. Już się nie mogę doczekać. Co do Kresi: daj spokój! Ogląda się za nią połowa naszej drużyny, więc ona raczej nie chce zepsuć swojego statusu ;)
O:  Co do pierwszego: mam nadzieję, bo historia jest naprawdę mocna. Do drugiego: Ty też? Nie uwzględniłeś która połowa... Mam rozpaczać?
W: Och, jak ty to bierzesz na poważnie! Ja mam inny obiekt zauroczenia, mianowicie mojego misa. A tak na poważnie to liczysz się tylko ty (;
O: Jak miło ;3 Dobra schodzę na dół, bo ktoś dzwoni do drzwi. To pewnie Krechalska. Czekam Wi!
 Tak zaczęłam jedno z najlepszych popołudni mojego życia... Nie spodziewałam się tylko, że mój chłopak przywiezie, ze sobą kogoś jeszcze...

Tamka :3


-----------------------------------------------------!KOMENTUJCIE! ---------------------------------------------------

Otwarcie przyjmuję krytykę! Wyraźcie, więc swoje zdanie w komentarzu!
|
|
|
V