niedziela, 11 sierpnia 2013

Rozdział 2

Rozdział 2, czyli jak zrobiłam z siebie kretynkę
- Kreska, co teraz mamy? –Alex zadała mi to pytanie, po raz kolejny tego dnia. Jakby nie wiedziała, że planu lekcji na pamięć nie znałam i tak jak ona, gdyby tylko chciała, musiałam wyciągać z kieszeni żakietu kartkę z planem zajęć.
Westchnęłam, po czym wyciągnęłam już pogniecioną przeze mnie kartkę.
- „Język angielski, sala/e:  sto trzynaście, dwadzieścia cztery, nauczyciel/e prowadzący: C. Kochanowski, D. Frączak” -  przeczytałam. – A, tak poza tym, to teraz jest przerwa śniadaniowa. Czy…
Alex przerwała mi:
- Tak, wiem, że to śniadaniówka. Chcesz zjeść śniadanie ze mną i Wiktorem?
Wiktor był chłopakiem mojej nowej koleżanki i z tego, co zdążyłam się dowiedzieć, jej wielką miłością. Jeszcze go nie poznałam, ale z opisów Alex wyobrażałam go sobie jako  Supermana, który wcale nie kryje się ze swoją tożsamością.
- Okej, chętnie poznam twojego „bohatera”…
Gdy wypowiedziałam te słowa, Olka wyciągnęła z kieszeni żakietu najnowszego iPhona 5. Nakładka na telefon była kosmiczna… Dosłownie. Przedstawiała fioletowy kosmos ze skupiskiem lśniących gwiazd. Od razu rozbolały mnie oczy.
Alex zaczęła coś szybko pisać, jak podejrzewałam, SMS do Wiktora. Przypuszczałam także, iż treść wiadomości mogła brzmieć tak: „Jak tam, miffku? Nie masz w pobliżu żadnych ziomków? Jeśli tak, to odpisz, bo chcę ci przedstawić moją nową najkę. xoxo”. Albo może nawet bez polskich i interpunkcyjnych znaków.
- Piszesz do swojego osobistego Clarka Kenta? Nie ma nic przeciwko, żebym razem z wami zjadła? – zapytałam.
Bo wiecie, może wyglądałam na śmiałą, ale wcale taka nie byłam. Pod tekstami o biegających wróżkach i polskich chrabąszczach na Arktyce kryła się bardzo nieśmiała dziewczyna, która bała się odrzucenia czy upokorzenia. Ten strach był spowodowany przez osobę, której wolałam nigdy więcej nie spotkać.
Widocznie się zamyśliłam, bo gdy znowu spojrzałam na Alex, ta patrzyła na mnie pytającym wzrokiem.
- Możesz powtórzyć? – powiedziałam.
Dziewczyna znacząco przewróciła oczami.
- Teraz to nieważne. Normalnie odpowiedziałabym „wal się”, ale jesteś moją przyjaciółką. Mam rację, nie?
Och, kolejna sprawa. Z zasady przyjaciółmi nie nazywałam ludzi, których znałam bardzo krótko, jak na przykład dzień, dwa lub tydzień, czy nawet miesiąc. Wiem, że prawdziwi przyjaciele zawsze chcą dla ciebie jak najlepiej, są oddani, serdeczni i wierni, pomagają w każdej potrzebie. Jak w tej reklamie jakiegoś piwa, gdzie ktoś do kogoś dzwoni i mówi, że przetrzymuje jego przyjaciela i dana osoba ma przyjechać w wyznaczone miejsce, by przyjaciela ocalić.
Nie chodziło mi o to, że moim przyjacielem mógł zostać tylko człowiek, który się jakoś dla mnie poświęcił. Po prostu z doświadczenia wiedziałam, iż ludzie nie zawsze są tacy szczerzy, jacy się na początku wydają.
- Jasne. To co, idziemy w końcu do twojego „boya”, czy jemy śniadanie – na które oczekiwałam z niecierpliwością, ponieważ, jak może pamiętacie, nic do tej pory nie jadłam – same?
- Idziemy, idziemy. Chcę, żeby Wiktor cię poznał.
Kiwnęłam głową i w jednej chwili poczułam, jakby ktoś walnął mnie w brzuch. Tego się właśnie obawiałam, konfrontacji ze starszym od siebie chłopakiem, który mnie prawdopodobnie wyśmieje, a na którego opinii mi zależało.
Alex poprawiła swoją torbę, ja założyłam na ramię ukochany plecak i ruszyłyśmy na spotkanie z chłopakiem mojej nowej koleżanki.
Gdy kluczyłyśmy po korytarzach naszej nowej szkoły zdałam sobie sprawę, iż Olka zna ten budynek lepiej, aniżeli myślałam. Ani razu się nie zawahała czy pomyliła, prowadząc mnie do Wiktora, dlatego z lekka się na nią zirytowałam, ponieważ wcześniej to ja musiałam być „przewodniczką” po szkole.
Po kilku minutach marszu doszłyśmy wreszcie w aktualne miejsce pobytu Wiktora. Okazało się, iż miejscem tym było szkolne boisko, gdzie chłopcy grali  piłkę nożną, a ich dziewczyny i koleżanki (jak podejrzewałam, ciche wielbicielki) plotkowały o tylko im znanych tematach.
Boisko to było dosyć przestronne. Otaczała je tak zwana „korona”, czyli ziemia usypana naokoło boiska. Prócz szkolnego stadionu (pozwólcie, że go tak nazwę) były tam także plac zabaw oraz boisko wielofunkcyjne. Przy każdym z tych miejsc stało po kilka ławeczek, takich samych, które były w budynku.
Alex ruszyła ku boisku do piłki nożnej, gdzie, jak podejrzewałam, był jej chłopak. Poszłam za nią, bo niby co innego miałam zrobić? Jak już się w to wpakowałam, to odwrotu przecież nie było, inaczej nie miałabym żadnych znajomych w klasie, a Olka była fajna.
Na polu do gry grupka drugo- i trzecioklasistów grała w nogę. Byli podzieleni na ośmiu plus bramkarz. W tym dniu było ciepło, więc połowa chłopców była w koszulkach, a druga połowa bez.
Gdy przechodziłyśmy do ławeczek, Alex szła trochę szybciej niż ja, więc pozostałam w tyle. Obróciłam głowę w stronę grających i w ostatniej chwili zauważyłam, że piłka leci w moim kierunku. Dosłownie. Pędziła w kierunku mojej głowy, a ja, gdy wreszcie zdałam sobie z tego sprawę (ach, ta moja koordynacja), zgrabnie podskoczyłam i odbiłam piłkę głową. Niestety, zrobiłam to chyba za mocno, bo futbolówka walnęła w policzek jednego z chłopaków, który w moją stronę podbiegł. Siła była chyba tak wielka, że aż upadł, chociaż może (na pewno) dramatyzował. Przecież nie jestem tak silna, prawda?
Wszyscy na boisku jak na zawołanie spojrzeli na chłopaka. No jasne, można się było domyślać, że już pierwszego dnia zrobię z siebie idiotkę. Ale żeby większość z zgromadzonych tutaj osób musiała tak od razu do niego podbiegać? Znając życie, pewnie ktoś już dawno poleciał po jakiegoś nauczyciela, a z moim szczęściem, pewnie i po dyrektora.
Syknęłam i szybko podeszłam do nastolatka.
- Nic ci się nie stało? – powiedziałam, klękając koło jego głowy.
Chłopak, którego uderzyłam piłką, był raczej drugoklasistą. Miał dosyć egzotyczny typ urody, mianowicie azjatycki. Jego kruczoczarne włosy sterczały na wszystkie strony, wyglądało to, jakby nigdy się nie czesał.
Azjata otworzył jedno oko, które szybko spotkało się z moimi. Następnie, przyłożył sobie ręce na policzek i zaczął udawać, że dostał drgawek. Wszyscy wkoło zaśmiali się, a ja prychnęłam z ulgą, po czym najzwyczajniej w świecie od niego odeszłam.
Gdy już wyszłam z tłumu, rozejrzałam się po boisku, szukając wzrokiem Alex. Zauważyłam ją przy jednej z ławeczek, siedzącą koło chłopaka bez koszulki, który wycierał się małym ręczniczkiem. Czym prędzej do nich podbiegłam.
Gdzieś tak pięć metrów od nich zwolniłam do tego stopnia, że ledwo można to było nazwać „chodem spacerowym”. Powodem tego były moje obawy względem Wiktora.

„No nic, mówi się trudno” – pomyślałam. – „I tak za dużo osób mnie tu widziało, gdybym teraz sobie stąd poszła, wszyscy by pomyśleli, że uciekam po moim „przyłożeniu” na policzku Azjaty.”
Westchnęłam i zaczęłam iść już w normalnym tempie.

~~*~~

Na matmie, podczas której połowa klasy spała, a druga połowa bawiła się komórkami, miałam wrażenie, że jako jedyna słucham nauczycielki, która w ogóle nie zwracała uwagi na uczniów. Chociaż i tak mówiła tylko o organizacji pracy na lekcji, co przerabialiśmy na lekcjach wcześniejszych oraz jak podejrzewałam, będziemy robili przez cały następny tydzień.
Gdy zabrzmiał dźwięk upragnionego przez wszystkich, głównie, jak myślałam (i pewnie miałam rację) przez nauczycielkę, cała klasa z prędkością światła wybiegła z klasy. Oprócz mnie, nauczycielki i pewnej osoby, która cicho pochrapywała w kącie.
Na każdej lekcji zajęłam miejsce przy oknie, na matematyce też tak było. W tej klasie ławki były pojedyncze, więc Alex usiadła przede mną, a raczej ja usiadłam za nią. Uczeń lub uczennica (nie zdążyłam się dokładniej przyjrzeć) siedział dwa miejsca za mną, dlatego wcześniej go nie zauważyłam.
Wstałam z krzesła, założyłam plecak na ramię i podeszłam do owej osoby, która okazała się jednak dziewczyną, na szczęście. Jak na dzisiaj miałam dość chłopaków, chociaż to nie był koniec, z czym zdawałam sobie sprawę.
Lekko trąciłam nieznajomą w ramię. Jeśliby się zaraz nie obudziła, to mogła się spóźnić na kolejną lekcję, mianowicie francuski. Odchrząknęłam.
- Ekhem, nieznana mi dziewczyno? Czy mogła byś sprawić mi tę przyjemność i odfrunąć z krainy snów, zwanej także krainą Morfeusza?- powiedziałam. Wiedziałam, że gdy mówi się do człowieka w dziwny sposób, on zwraca na ciebie większą uwagę, niż gdyby mówiło się normalnie.
Jednakże na dziewczynie nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Musiała spać naprawdę mocno, bo nic, po przemawianie przez szczypanie po szturchanie nie wybudziło jej ze snów. A czas mijał.
Wreszcie nauczycielka matematyki, zwana przez wszystkich uczniów Kretem bądź Liniją (wytłumaczę później), zrobiła coś, czego nigdy bym się po niej nie spodziewała. Mianowicie, tak po prostu, pogilgotała dziewczynę, na co ona zareagowała donośnym, perłowym śmiechem. I otworzyła oczy.
Właśnie, oczy. Moim zdaniem to właśnie one określały człowieka. A ona, znaczy się, jej oczy, były takie… puste. Bez wyrazu. Jakby ich właścicielka o niczym nie myślała. Co, jak miało się później okazać, było kompletnie mylne.
- Och, to już koniec lekcji?- spytała z autentycznym zdziwieniem wymalowanym na jej delikatnej, niemal nieskazitelnej twarzy. Jak się domyśliłam, było to pytanie retoryczne.
Ułożyłam ręce jak Mona Liza z portretu Da Vinciego, uśmiechnęłam się do niej, jak na mój gust, słodko i powiedziałam:
- Witaj, cna niewiasto. My się chyba wcześniej nie spotkałyśmy, jak sądzę, jeśli jest inaczej, najserdeczniej panienkę przepraszam. Me imię to Krystyna i jesteśmy od dzisiaj towarzyszkami z jakże szanownej klasy IC. – No i jeszcze dygnęłam, jak na damę, którą nie byłam, przystało.
Dziewczyna uśmiechnęła się wywyższająco i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Ups. Mogłam tego nie robić, bo najwyraźniej był to typ „pani Popularnej”, która, jak na „panią Popularną” przystało, musiała mieć w szkole tak zwaną „służącą”. Waszym pytaniem pewnie jest, skąd ja to wszystko wiedziałam? No cóż, oglądało się w życiu seriale dla nastolatek.
- Och, nie kłopocz się, Krysiu, z tymi przeprosinami. Bo mogę tak do ciebie mówić, prawda? – odpowiedziała mi z naciskiem na ostatnie zdanie. Bosze (tak, bosze), jak ja nienawidziłam tego skrótu!
Zazgrzytałam zębami.
- Proszę, nie nazywaj mnie tak, bo wieczorem będziesz mogła przypadkiem – Tu naznaczyłam cudzysłów w powietrzu.- znaleźć pod łóżkiem coś, lub, echem, kogoś. A jak ty masz na imię? Bo najwyraźniej nie miałaś dotąd okazji mi je wyjawić.
Dziewczyna prychnęła.
- Nie znasz go? Przecież mnie znają wszyscy. Mam na imię Natalia. Nie martw się, na pewno jeszcze o mnie usłyszysz. – Poklepała mnie z pozoru pocieszająco po ramieniu i wyszła z sali.
Zazgrzytałam zębami. Ale ta dziewczyna mnie wkurzała!
Kret najspokojniej w świecie gadała sobie przez telefon, nawijając na palec kosmyk włosów. Kiedy wyszłam z sali, nawet tego nie zauważyła, tak była zajęta rozmową.
Westchnęłam cicho i zaczęłam przeciskać się przez tłum uczniów, który powstał na korytarzu podczas przerwy. Bez problemu doszłam do sali j. francuskiego, wcześniej miałam w klasie obok chemię. Naprzeciwko drzwi siedziała Alex na ławeczce i zawzięcie stukała coś na tym swoim kosmicznym telefonie, zapewne SMS do swojego chłopaka. Odstawiłam plecak pod ścianą przy reszcie plecaków i podeszłam do Olki.
- Co robisz? – zapytałam.
- Piszę esemsa.

- Okeeej, w takim razie nie przeszkadzam. – I odeszłam. Jak nie chce gadać, to nie, ja się przespaceruje po mojej nowej szkole. 


Ta-dam tara-dam! W końcu Rozdział 2! Przepraszam, że tak długo, ale potrzebował jeszcze trochę czasu, by się dopracować. A poza tym, jak już wcześniej pisałam, wyjeżdżałam na wakacje, więc dużo czasu na pisanie nie miałam. Ale radujcie się, albowiem już niedługo Rozdział 3!