Rozdział 2, czyli jak zrobiłam z
siebie kretynkę
-
Kreska, co teraz mamy? –Alex zadała mi to pytanie, po raz kolejny tego dnia.
Jakby nie wiedziała, że planu lekcji na pamięć nie znałam i tak jak ona, gdyby
tylko chciała, musiałam wyciągać z kieszeni żakietu kartkę z planem zajęć.
Westchnęłam,
po czym wyciągnęłam już pogniecioną przeze mnie kartkę.
-
„Język angielski, sala/e: sto
trzynaście, dwadzieścia cztery, nauczyciel/e prowadzący: C. Kochanowski, D.
Frączak” - przeczytałam. – A, tak poza
tym, to teraz jest przerwa śniadaniowa. Czy…
Alex
przerwała mi:
-
Tak, wiem, że to śniadaniówka. Chcesz zjeść śniadanie ze mną i Wiktorem?
Wiktor
był chłopakiem mojej nowej koleżanki i z tego, co zdążyłam się dowiedzieć, jej
wielką miłością. Jeszcze go nie poznałam, ale z opisów Alex wyobrażałam go
sobie jako Supermana, który wcale nie
kryje się ze swoją tożsamością.
-
Okej, chętnie poznam twojego „bohatera”…
Gdy
wypowiedziałam te słowa, Olka wyciągnęła z kieszeni żakietu najnowszego iPhona
5. Nakładka na telefon była kosmiczna… Dosłownie. Przedstawiała fioletowy
kosmos ze skupiskiem lśniących gwiazd. Od razu rozbolały mnie oczy.
Alex
zaczęła coś szybko pisać, jak podejrzewałam, SMS do Wiktora. Przypuszczałam
także, iż treść wiadomości mogła brzmieć tak: „Jak tam, miffku? Nie masz w
pobliżu żadnych ziomków? Jeśli tak, to odpisz, bo chcę ci przedstawić moją nową
najkę. xoxo”. Albo może nawet bez polskich i interpunkcyjnych znaków.
-
Piszesz do swojego osobistego Clarka Kenta? Nie ma nic przeciwko, żebym razem z
wami zjadła? – zapytałam.
Bo
wiecie, może wyglądałam na śmiałą, ale wcale taka nie byłam. Pod tekstami o
biegających wróżkach i polskich chrabąszczach na Arktyce kryła się bardzo
nieśmiała dziewczyna, która bała się odrzucenia czy upokorzenia. Ten strach był
spowodowany przez osobę, której wolałam nigdy więcej nie spotkać.
Widocznie
się zamyśliłam, bo gdy znowu spojrzałam na Alex, ta patrzyła na mnie pytającym
wzrokiem.
-
Możesz powtórzyć? – powiedziałam.
Dziewczyna
znacząco przewróciła oczami.
-
Teraz to nieważne. Normalnie odpowiedziałabym „wal się”, ale jesteś moją
przyjaciółką. Mam rację, nie?
Och,
kolejna sprawa. Z zasady przyjaciółmi nie nazywałam ludzi, których znałam
bardzo krótko, jak na przykład dzień, dwa lub tydzień, czy nawet miesiąc. Wiem,
że prawdziwi przyjaciele zawsze chcą dla ciebie jak najlepiej, są oddani,
serdeczni i wierni, pomagają w każdej potrzebie. Jak w tej reklamie jakiegoś
piwa, gdzie ktoś do kogoś dzwoni i mówi, że przetrzymuje jego przyjaciela i
dana osoba ma przyjechać w wyznaczone miejsce, by przyjaciela ocalić.
Nie
chodziło mi o to, że moim przyjacielem mógł zostać tylko człowiek, który się
jakoś dla mnie poświęcił. Po prostu z doświadczenia wiedziałam, iż ludzie nie
zawsze są tacy szczerzy, jacy się na początku wydają.
-
Jasne. To co, idziemy w końcu do twojego „boya”, czy jemy śniadanie – na które
oczekiwałam z niecierpliwością, ponieważ, jak może pamiętacie, nic do tej pory
nie jadłam – same?
-
Idziemy, idziemy. Chcę, żeby Wiktor cię poznał.
Kiwnęłam
głową i w jednej chwili poczułam, jakby ktoś walnął mnie w brzuch. Tego się
właśnie obawiałam, konfrontacji ze starszym od siebie chłopakiem, który mnie
prawdopodobnie wyśmieje, a na którego opinii mi zależało.
Alex
poprawiła swoją torbę, ja założyłam na ramię ukochany plecak i ruszyłyśmy na
spotkanie z chłopakiem mojej nowej koleżanki.
Gdy
kluczyłyśmy po korytarzach naszej nowej szkoły zdałam sobie sprawę, iż Olka zna
ten budynek lepiej, aniżeli myślałam. Ani razu się nie zawahała czy pomyliła,
prowadząc mnie do Wiktora, dlatego z lekka się na nią zirytowałam, ponieważ
wcześniej to ja musiałam być „przewodniczką” po szkole.
Po
kilku minutach marszu doszłyśmy wreszcie w aktualne miejsce pobytu Wiktora.
Okazało się, iż miejscem tym było szkolne boisko, gdzie chłopcy grali piłkę nożną, a ich dziewczyny i koleżanki
(jak podejrzewałam, ciche wielbicielki) plotkowały o tylko im znanych tematach.
Boisko
to było dosyć przestronne. Otaczała je tak zwana „korona”, czyli ziemia usypana
naokoło boiska. Prócz szkolnego stadionu (pozwólcie, że go tak nazwę) były tam
także plac zabaw oraz boisko wielofunkcyjne. Przy każdym z tych miejsc stało po
kilka ławeczek, takich samych, które były w budynku.
Alex
ruszyła ku boisku do piłki nożnej, gdzie, jak podejrzewałam, był jej chłopak.
Poszłam za nią, bo niby co innego miałam zrobić? Jak już się w to wpakowałam,
to odwrotu przecież nie było, inaczej nie miałabym żadnych znajomych w klasie,
a Olka była fajna.
Na
polu do gry grupka drugo- i trzecioklasistów grała w nogę. Byli podzieleni na
ośmiu plus bramkarz. W tym dniu było ciepło, więc połowa chłopców była w
koszulkach, a druga połowa bez.
Gdy
przechodziłyśmy do ławeczek, Alex szła trochę szybciej niż ja, więc pozostałam
w tyle. Obróciłam głowę w stronę grających i w ostatniej chwili zauważyłam, że
piłka leci w moim kierunku. Dosłownie. Pędziła w kierunku mojej głowy, a ja,
gdy wreszcie zdałam sobie z tego sprawę (ach, ta moja koordynacja), zgrabnie
podskoczyłam i odbiłam piłkę głową. Niestety, zrobiłam to chyba za mocno, bo
futbolówka walnęła w policzek jednego z chłopaków, który w moją stronę
podbiegł. Siła była chyba tak wielka, że aż upadł, chociaż może (na pewno)
dramatyzował. Przecież nie jestem tak silna, prawda?
Wszyscy
na boisku jak na zawołanie spojrzeli na chłopaka. No jasne, można się było
domyślać, że już pierwszego dnia zrobię z siebie idiotkę. Ale żeby większość z
zgromadzonych tutaj osób musiała tak od razu do niego podbiegać? Znając życie,
pewnie ktoś już dawno poleciał po jakiegoś nauczyciela, a z moim szczęściem,
pewnie i po dyrektora.
Syknęłam
i szybko podeszłam do nastolatka.
-
Nic ci się nie stało? – powiedziałam, klękając koło jego głowy.
Chłopak,
którego uderzyłam piłką, był raczej drugoklasistą. Miał dosyć egzotyczny typ
urody, mianowicie azjatycki. Jego kruczoczarne włosy sterczały na wszystkie
strony, wyglądało to, jakby nigdy się nie czesał.
Azjata
otworzył jedno oko, które szybko spotkało się z moimi. Następnie, przyłożył
sobie ręce na policzek i zaczął udawać, że dostał drgawek. Wszyscy wkoło
zaśmiali się, a ja prychnęłam z ulgą, po czym najzwyczajniej w świecie od niego
odeszłam.
Gdy
już wyszłam z tłumu, rozejrzałam się po boisku, szukając wzrokiem Alex.
Zauważyłam ją przy jednej z ławeczek, siedzącą koło chłopaka bez koszulki,
który wycierał się małym ręczniczkiem. Czym prędzej do nich podbiegłam.
Gdzieś
tak pięć metrów od nich zwolniłam do tego stopnia, że ledwo można to było
nazwać „chodem spacerowym”. Powodem tego były moje obawy względem Wiktora.
„No
nic, mówi się trudno” – pomyślałam. – „I tak za dużo osób mnie tu widziało,
gdybym teraz sobie stąd poszła, wszyscy by pomyśleli, że uciekam po moim
„przyłożeniu” na policzku Azjaty.”
Westchnęłam
i zaczęłam iść już w normalnym tempie.
~~*~~
Na
matmie, podczas której połowa klasy spała, a druga połowa bawiła się komórkami,
miałam wrażenie, że jako jedyna słucham nauczycielki, która w ogóle nie
zwracała uwagi na uczniów. Chociaż i tak mówiła tylko o organizacji pracy na
lekcji, co przerabialiśmy na lekcjach wcześniejszych oraz jak podejrzewałam,
będziemy robili przez cały następny tydzień.
Gdy
zabrzmiał dźwięk upragnionego przez wszystkich, głównie, jak myślałam (i pewnie
miałam rację) przez nauczycielkę, cała klasa z prędkością światła wybiegła z
klasy. Oprócz mnie, nauczycielki i pewnej osoby, która cicho pochrapywała w
kącie.
Na
każdej lekcji zajęłam miejsce przy oknie, na matematyce też tak było. W tej
klasie ławki były pojedyncze, więc Alex usiadła przede mną, a raczej ja
usiadłam za nią. Uczeń lub uczennica (nie zdążyłam się dokładniej przyjrzeć)
siedział dwa miejsca za mną, dlatego wcześniej go nie zauważyłam.
Wstałam
z krzesła, założyłam plecak na ramię i podeszłam do owej osoby, która okazała
się jednak dziewczyną, na szczęście. Jak na dzisiaj miałam dość chłopaków,
chociaż to nie był koniec, z czym zdawałam sobie sprawę.
Lekko
trąciłam nieznajomą w ramię. Jeśliby się zaraz nie obudziła, to mogła się
spóźnić na kolejną lekcję, mianowicie francuski. Odchrząknęłam.
-
Ekhem, nieznana mi dziewczyno? Czy mogła byś sprawić mi tę przyjemność i
odfrunąć z krainy snów, zwanej także krainą Morfeusza?- powiedziałam. Wiedziałam,
że gdy mówi się do człowieka w dziwny sposób, on zwraca na ciebie większą
uwagę, niż gdyby mówiło się normalnie.
Jednakże
na dziewczynie nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Musiała spać naprawdę mocno,
bo nic, po przemawianie przez szczypanie po szturchanie nie wybudziło jej ze
snów. A czas mijał.
Wreszcie
nauczycielka matematyki, zwana przez wszystkich uczniów Kretem bądź Liniją
(wytłumaczę później), zrobiła coś, czego nigdy bym się po niej nie spodziewała.
Mianowicie, tak po prostu, pogilgotała dziewczynę, na co ona zareagowała
donośnym, perłowym śmiechem. I otworzyła oczy.
Właśnie,
oczy. Moim zdaniem to właśnie one określały człowieka. A ona, znaczy się, jej
oczy, były takie… puste. Bez wyrazu. Jakby ich właścicielka o niczym nie
myślała. Co, jak miało się później okazać, było kompletnie mylne.
-
Och, to już koniec lekcji?- spytała z autentycznym zdziwieniem wymalowanym na
jej delikatnej, niemal nieskazitelnej twarzy. Jak się domyśliłam, było to
pytanie retoryczne.
Ułożyłam
ręce jak Mona Liza z portretu Da Vinciego, uśmiechnęłam się do niej, jak na mój
gust, słodko i powiedziałam:
-
Witaj, cna niewiasto. My się chyba wcześniej nie spotkałyśmy, jak sądzę, jeśli
jest inaczej, najserdeczniej panienkę przepraszam. Me imię to Krystyna i
jesteśmy od dzisiaj towarzyszkami z jakże szanownej klasy IC. – No i jeszcze
dygnęłam, jak na damę, którą nie byłam, przystało.
Dziewczyna
uśmiechnęła się wywyższająco i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Ups. Mogłam tego
nie robić, bo najwyraźniej był to typ „pani Popularnej”, która, jak na „panią
Popularną” przystało, musiała mieć w szkole tak zwaną „służącą”. Waszym
pytaniem pewnie jest, skąd ja to wszystko wiedziałam? No cóż, oglądało się w
życiu seriale dla nastolatek.
-
Och, nie kłopocz się, Krysiu, z tymi przeprosinami. Bo mogę tak do ciebie
mówić, prawda? – odpowiedziała mi z naciskiem na ostatnie zdanie. Bosze (tak,
bosze), jak ja nienawidziłam tego skrótu!
Zazgrzytałam
zębami.
- Proszę,
nie nazywaj mnie tak, bo wieczorem będziesz mogła przypadkiem – Tu naznaczyłam
cudzysłów w powietrzu.- znaleźć pod łóżkiem coś, lub, echem, kogoś. A jak ty
masz na imię? Bo najwyraźniej nie miałaś dotąd okazji mi je wyjawić.
Dziewczyna
prychnęła.
-
Nie znasz go? Przecież mnie znają wszyscy. Mam na imię Natalia. Nie martw się,
na pewno jeszcze o mnie usłyszysz. – Poklepała mnie z pozoru pocieszająco po
ramieniu i wyszła z sali.
Zazgrzytałam
zębami. Ale ta dziewczyna mnie wkurzała!
Kret
najspokojniej w świecie gadała sobie przez telefon, nawijając na palec kosmyk
włosów. Kiedy wyszłam z sali, nawet tego nie zauważyła, tak była zajęta
rozmową.
Westchnęłam
cicho i zaczęłam przeciskać się przez tłum uczniów, który powstał na korytarzu
podczas przerwy. Bez problemu doszłam do sali j. francuskiego, wcześniej miałam
w klasie obok chemię. Naprzeciwko drzwi siedziała Alex na ławeczce i zawzięcie
stukała coś na tym swoim kosmicznym telefonie, zapewne SMS do swojego chłopaka.
Odstawiłam plecak pod ścianą przy reszcie plecaków i podeszłam do Olki.
-
Co robisz? – zapytałam.
-
Piszę esemsa.
-
Okeeej, w takim razie nie przeszkadzam. – I odeszłam. Jak nie chce gadać, to
nie, ja się przespaceruje po mojej nowej szkole.
Ta-dam tara-dam! W końcu Rozdział 2! Przepraszam, że tak długo, ale potrzebował jeszcze trochę czasu, by się dopracować. A poza tym, jak już wcześniej pisałam, wyjeżdżałam na wakacje, więc dużo czasu na pisanie nie miałam. Ale radujcie się, albowiem już niedługo Rozdział 3!
Świetny rozdział <33
OdpowiedzUsuńDzięki :) Fajnie, jeśli komuś podoba się to, co piszesz, to takie świetne uczucie :)
OdpowiedzUsuń