niedziela, 22 września 2013

Rozdział 3

Tak, wiem, długie to nie jest, ale zawsze coś. Nie wiedziałam za bardzo, w którym momencie zakończyć i skończyło się na tym. W każdym razie, serdecznie zapraszam na kolejny rozdział!

Rozdział 3, czyli spotkanie, które zawróciło mi w głowie
Dziesięć kroków do schodów. Schodek raz, dwa, pięć, dziewięć, zakręt. Raz, cztery, osiem, dziesięć. Noga prawa, lewa, prawa, lewa, lewa. Zakręt. Nagle moją synchroniczność przerwało, a raczej, przerwał, pewien chłopak na którego to po zderzeniu z jego klatą upadłam. Kiedy otworzyłam oczy (bo, oczywiście, przy upadku moje powieki momentalnie opadły), zdałam sobie sprawę, że przecież zaraz, ja go znam!
Gdy się z nim zderzyłam, chłopak wypuścił plecak, który się otworzył. Książki leżały porozrzucane na odległość kilku metrów. Postanowiłam, że mu pomogę, więc wymamrotałam litanię „przepraszam, bardzo przepraszam” i zaczęłam je zbierać. On siedział jeszcze przez jedną, może dwie sekundy na kafelkowej podłodze wyraźnie oszołomiony, lecz potem lekko potrząsnął głową i także zbierał razem ze mną. Wiele zeszytów nie leżało na podłodze, więc szybko je pozbieraliśmy. Kiedy sięgałam po ostatni zeszyt, poznałam po zapiskach, iż był on od matmy, nasze ręce się zderzyły i spojrzeliśmy sobie w oczy.
Ludzie, takich oczu to ja w życiu nie widziałam! I pewnie nie zobaczę. Mogłam zatonąć w ich orzeźwiającej, wiosennej zieleni zmieszanej z takim odcieniem błękitu, jaki można zauważyć wczesną jesienią lub późnym latem i choć może nijak to brzmi, wierzcie, iż efekt był oszałamiający. Rany, mogłam się w nie wpatrywać w nieskończoność. Taki kolor tęczówek! A ich właściciel też był nie najgorszy. No dobra, był przystojny, nawet trochę bardzo. Przypominał mi Aarona Taylor- Johnson’a jako Robbiego w filmie Angus, stringi i Przytulanki, tylko że w wersji blond. No i może powtórzę: TE OCZY!! Powinno się zakazać posiadania takich oczu, bo przecież…
- Ekhem? Możesz mi to oddać? – zapytał.
No tak. Ja, jak na idiotkę przystało, gapiłam się w te jego nieziemskie oczy i Bożego świata poza nimi nie widziałam, a chłopak pewnie chciałby już iść do swoich kumpli. Puściłam więc zeszyt i uśmiechnęłam się przepraszająco, trochę zmieszana. On wstał, strzepnął spodnie (nie wiem z czego, po podłoga jak na podłogę w gimnazjach była niesamowicie czysta) i wyciągnął do mnie rękę. Z wdzięcznością ją ujęłam i podniosłam się na nogi. Udałam zdziwioną i powiedziałam:
- O, ja cię chyba znam. Mateusz, jesteś przyjacielem, tego, jak mu tam, Wiktora, chłopaka Alex, no nie? – paplałam bez sensu jak zawsze, gdy byłam zdenerwowana.
Zmarszczył brwi i uśmiechnął się do mnie.
- Tak, jestem przyjacielem „tego, jak mu tam”, ale mów mi Mati. O ile dobrze pamiętam, bo przecież to było tak dawno, – Ostatnie słowo przeciągnął i widocznie się ze mnie w duchu śmiał. – że mogłem zapomnieć, nazywasz się Kreska, prawda?
Zazgrzytałam w duchu zębami.
- Nazywam się Krystyna Jabłońska, na imię mam Krysia, a wołają na mnie Kreska i ty, bardzo proszę, też tak na mnie wołaj, dobra?
Wywrócił ze śmiechem, którego już nie ukrywał, oczami.
- Ohoho, widzę, pani polonistka się znalazła. Jak zgaduję, jesteś w klasie humanistycznej? – powiedział.
- I tu się właśnie potykasz! Znaczy się, mylisz, bo razem z Alex chodzimy do klasy matematyczno-językowej, wiesz, tej która została utworzona głównie z dzieciaków z tej podstawówki. Znana także jako IC. – Lekko się przed nim skłoniłam.
- No tak. – Zapanowała między nami trochę niezręczna cisza, którą przerwał dzwonek. – Słuchaj, całkiem fajna jesteś, chciałabyś przyjść dzisiaj na nasz trening?
Zamurowało mnie. On. Zapraszał. Mnie. GDZIEŚ?! Na trening?! Oh, na trening, okej, okej, będzie okej przynajmniej nie zostanę sam na sam z tymi boskimi oczami i ich właścicielem.
- Jasne, chętnie. Ale o której? – Nagle przypomniało mi się, że ja też mm dzisiaj trening, tak jakby. – Bo mam dzisiaj próbę.
- Przyjdę do ciebie po tej lekcji i wszystko ci powiem. Na razie! – Machnął do mnie ręką, co chyba oznaczało pożegnanie w tej dziwnej szkole, i zniknął. Znaczy się, nie ZNIKNĄŁ, tylko poszedł do swojej klasy, a ja uczyniłam to samo.
Po francuskim, na którym podzieliliśmy się na dwie grupy początkujące, bo nikt nie uczył się wcześniej tego języka prócz mnie (niestety, nie byłam w grupie z Alex) i KOLEJNYM omówieniu zasad nie mogłam się wręcz doczekać, aż zabrzmi dźwięk dzwonka. Kiedy to się wreszcie stało wypadłam jak strzała z klasy i popędziłam… No właśnie, nigdzie nie popędziłam, bo wcześniej przecież nie ustaliłam tego z Matim.
Poszłam więc na korytarz, w którym się zderzyliśmy, usiadłam na ławeczce i czekałam. Był to już koniec moich lekcji na dzisiaj i chciałam możliwie jak najszybciej wrócić do domu, no ale przecież się zgodziłam. Dokładnie czterdzieści osiem sekund po dzwonku chłopak wyszedł zza rogu i chyba miał zamiar do mnie podejść, ale coś (czyt. ktoś, ale dla mnie ten ktoś pozostanie czymś) zagrodziło mu drogę i zrobiło coś, o czym bym nawet nie pomyślała.
Mianowicie, gdy popielatowłose stworzenie zagrodziło chłopakowi o niezwykłych (ach!) oczach drogę, położyło mu ręce na ramionach i spojrzało (jak sądzę) głęboko w oczy. Gdy Mati także na to spojrzał, długowłosa istota pocałowała go w policzek, zostawiając na nim ślad różowego błyszczyka.
Gdy to odeszło Mati chyba przypomniał sobie, że miał coś zrobić, a gdy mnie zauważył to wiedział już dobrze co chciał zrobić. „Mały potwór”, jak tą dziewczynę nazwałam, odszedł w siną dal a ja nadal stałam jak wmurowana i gapiłam się w miejsce, gdzie przed chwilą (nawet nie chciałam o tym myśleć, ale cóż, spójrzmy prawdzie w oczy) para stała.
Chłopak stanął naprzeciwko mnie i zapytał:
- To co, trening mamy za godzinę, nadal jesteś chętna?
Chęcią nie można było tego nazwać, oj nie. Kiedy zobaczyłam Matiego po francuskim, moje serce zaczęło walić jak oszalałe, a gdy to go pocałowało, ten jakże ważny organ jakby się zatrzymał. Na wstrzymanym oddechu oczekiwałam reakcji drugoklasisty lecz on zachowywał się tak, jakby to było normalne.
Cóż, może było. Może to była jego siostra lub (tu przełknęłam wielką gulę w gardle) jego dziewczyna? Przecież w takich przypadkach pocałunki w policzki są normalne. Ta dziewczyna była nawet w pewnym sensie do niego podobna.
No dobra, nie oszukujmy się. On mi się podobał i po prostu szukałam wymówek, dla których Mati mógłby być wolny, a jeszcze lepiej by było, gdybym ja też mu się podobała. Chociaż…
Mogłabym szepnąć słówko Alex, ona by coś powiedziała swojemu Clarkowi Kentowi, on zaś by się podpytał swojego kumpla, mojego obiektu westchnień, co o mnie sądzi. Jak w podstawówce! I żeby nie było, mam na myśli młodsze klasy.
- Trening? Za godzinę? – W myślach wykonałam debatę czy opłaca mi się iść, czy nie. – Ach! Nie, sorry, za godzinę muszę być już w domu, ale może innym razem? – Uśmiechnęłam się przepraszająco.
Albo mi się wydawało, co było bardzo możliwe, albo chłopak był odrobinę zawiedziony.

- Okej, nie ma sprawy. Jutro też mamy trening, to może wtedy? – Łapał się jak tonący brzytwy i wiedziałam, po tonie jego głosu i oczach, że nie jest to bezinteresowne, ale nie zadawałam pytań i po prostu się zgodziłam. 

sobota, 14 września 2013

Rozdział 1 Może troszkę bardziej od początku..


 Podbiegłam do Wiktora w czasie gdy Kreska została w tyle. Chłopak zauważył mnie i zszedł z boiska. Zresztą i tak większość chłopaków podbiegło do kogoś kto przed chwilą dostał piłką.
 - Hej! - Zawołałam a on tylko podbiegł i pociągnął mnie na ławkę obok siebie.
 - Pozwolisz, że tylko się ogarnę? - Zapytał. Był cały mokry i zarumieniony.
 - Oczywiście. O, Krecha coś zmalowała. -  Stała obok postrzelonego piłką Azjaty o imieniu Shinji. Po chwili podeszła do nas, a ja powiedziałam:
 - Wiktor Krysia, Krysia Wiktor.
 - Hej - powiedział mój chłopak, a moja przyjaciółka odpowiedziała mu to samo.
 - Nasza nowa! Czy Wiki rozkochał w sobie kolejną pannicę? - Podszedł do nasz nasz kumpel Mati. Zauważyłam, że Kresia się zarumieniła. Stwierdziłam, że czas wkroczyć do akcji.
 - Mateuszu! Jak miło! Ostatnio jak cię widziałam to zabierali cię z boiska po wypadku. Hmm... Niech sobie przypomnę... Jakaś psychofanka wpadła na boisko i przez przypadek złamała ci rękę? Ach! Zapomniałam! Żadna dziewczyna na ciebie nie leci. Co za pech!
 - Znalazła się pannica. Gada a nie przedstawi. - Podał rękę mojej przyjaciółce. - Mati. Znajomy tych dwóch dziwnych przypadków.
 - Na pewno! Uważaj na słowa kolego. - Powiedział Wiktor i potargał mu czuprynę. Mati był od niego niższy, niestety, niewiele.
 Wreszcie Krystyna odważyła się przemówić.
 - Cześć, Kreska jestem. Czy mi się wydaje, czy to ty stoisz na bramce? - W jej głosie można było usłyszeć lekki podziw.
 - No tak.- Powiedział Mati. - Nieźle się oberwało Shinj'emu. Gratuluję!
 - Czego tu gratulować? To był czysty przypadek. Wiesz, co do piłki...
  Wiktor spojrzał na mnie porozumiewawczo. Potem oddaliliśmy się od boiska żeby porozmawiać.
 - Ola mam dla ciebie propozycję. Bo wiesz ja tak sobie pomyślałem, że za mało czasu ze sobą spędzamy. Jadę w następny weekend z rodzicami nad jezioro i mogę zabrać ze sobą kilku znajomych.
 - I że niby mam jechać z tobą?!
 Wiktor speszył się.
 - No tak...
 Nie wytrzymałam.
 - Super!!! Dawno nie byłam nad jeziorem! Moglibyśmy jeszcze wziąć Krechę!
 - Yyy... Spoko. To ja zabiorę Matiego. Zresztą on tam jeździ ze mną co roku.
 Mój chłopak rozejrzał się i cmoknął mnie w usta.
 Krechalska i Mati gadali sobie w najlepsze, chyba się o coś sprzeczali, bo Kreska zawzięcie gestykulowała.
 Zobaczyliśmy, że w naszą stronę idzie moja była kumpela. Jeden z plastików.
 Mianowicie: Natalia.
 - O czym tam gruchacie? - mówiła niby do nas obojga, ale patrzała tylko na Wiktora. - Wikusiu -Jak ja nienawidziłam tego zdrobnienia!- mówiłeś coś o jakimś jeziorze wczoraj na treningu - Chodzili razem na tenisa - i ja chcę jechać.
 Nie mogłam w to uwierzyć! Wiki zawsze mówił, że z nią nie rozmawia! Spojrzałam na niego pytająco.
 - Po pierwsze: nie mówiłem do ciebie. Po drugie: wszystkie miejsca zajęte.
 - Pewnie przez Alex. Ma tak duży tyłek, że zajmuje 2 miejsca. Żal mi cię. - Wykonała dziwny gest ręką.
 Nata od dawna zarywała do mojego chłopaka. Mimo tak wzmocnionej psychiki na szyderstwa, zachciało mi się płakać. Wiktor chyba to wyczuł, bo przytulił mnie mocno. W tym czasie Natalia odeszła do reszty plastików. Czułam się jak w filmie Mean Girls. Jakaś masakra!
 Szykuj się Natalio. Nadchodzę. Zaufaj, że nawet nie poczujesz jak zepsuję ci "karierę".

==================================================================

 Spotkałam się z Krechalską pod klasą do matmy. Opowiedziała mi, że z  Matim gadało jej się nawet spoko.
 - Chciałabyś pojechać nad jezioro? - Zapytałam ni z gruszki, ni z pietruszki.
 - Jasne. A co, chcesz się wybrać? Jak znam życie, to pewnie jeszcze z jakimiś chłopakami.
 - Aha. Ja, ty, Wiki i Mati. W ten weekend.
 - Zapytam się rodziców.
 Weszłyśmy do sali w której miałyśmy teraz lekcję. Gdy wyjmowałyśmy zeszyty, w mojej torbie zauważyłam małą karteczkę. Napisane było na niej, że mam dziś dłuższy trening, żebym nie zapomniała. Czyli snucie moich planów co do zemsty musiało poczekać.
 Mniej, więcej w połowie lekcji (oczywiście połowa klasy spała) znudzona wyciągnęłam z kieszeni telefon. Mimo, że siedziałam w drugiej ławce nauczycielka tego nie zauważyła. Czy ona naprawdę jest tak ślepa, czy tylko udaje?!
 Jedna wiadomość. Patrzę na nazwę. Adam.
 Kiedy kończysz? Wbijesz na fejsa? :D Ja tam siedzę na fizyce. A ty?
 Dobrze wiedziałam, że on ma fizykę. Chodził do klasy z Wiktorem. Odpisałam.
 Matma. Miałeś rację! Zwiadowcy to fenomen! Jestem na księdze piątej i nie mogę doczekać się jedenastej. Dobra kończę bo matematyczka na mnie świdruje. Baj, baj! Aha kończę o 15.20, ale nie spotkam się z wami. 
 Po chwili odpisał. Uśmiechnęłam się mimowolnie.
 Spoko. Masz pozdrowionka od Wiktora. Ach, no i całusy bo on mnie wyszturcha na śmierć. Paaa...
 Po katordze, którą oczywiście była matma (!) wskoczyłam do samochodu taty, czekającego na mnie przed szkołą. Od razu przedstawiłam mu sprawę z jeziorem. On odpowiedział, ku memu niezadowoleniu:
 - Doskonale wiesz o tym, że w tamtym roku opuściłaś się przez tego chłopaka w nauce. Tylko z nim spędzałaś czas - tu zrobił przerwę, która ustanowiła ciszę tak namacalną, że aż można było kroić ją nożem. - Będę musiał porozmawiać o tym z mamą. Dostajesz wszystko czego zapragniesz co nie wpływa na ciebie korzystnie. Ten Wiktor w końcu cię rzuci i pożałujesz tego. Co innego Adam... - Nie dałam mu skończyć bo wiedziałam, że wystawi mi kazanie.
 - Ale ja go kocham! Zrozum to tato! Adam to tylko kumpel!
 Podjechaliśmy pod nasz dom.
 Moi rodzice poznali Adama zgoła pół roku temu gdy zaczęłam się z nim kumplować. Wynikło to z tego, że ostro pokłóciłam się z Wiktorem. To był okropny czas w moim życiu, aczkolwiek nie ruszył mnie o jakoś poważnie.
 Nie rozumiałam koleżanek które zalewały się łzami z powodu chłopaków. Po prostu gdyby nie dawały się tak traktować nic takiego by nigdy nie wynikło.
 A jednak... Chociaż może jeszcze nikogo na tyle nie pokochałam... Nie! Przecież jest najlepszy z najlepszych: Wiktor. Z drugiej strony pamiętam jeszcze słowa Kreski:
 Ach, rozumiem. Chłopak typu „Jestem taki zalatany, ale mam dla ciebie czas, bo jesteś dla mnie najważniejsza”? I co, pewnie jest też kapitanem tutejszej drużyny piłkarskiej i największym ciachem w szkole? Czekaj, niech zgadnę… Jest drugoklasistą, który był rok temu przewodniczącym samorządu i połowa gimnazjum się w nim kocha?
 Druga połowa była bardzo pochlebna. Zaś początek dał mi do myślenia. Z jednej strony mój chłopak był nader opiekuńczy, popularny i wgl. Z drugiej czy aby na pewno zwracał na  mnie wystarczająco dużo uwagi? Jeszcze na dodatek ta sprawa z Natalią. Niby nic, ale jednak coś.
 Zagubiona we własnych myślach pobiegłam do swojego pokoju i skoczyłam na łóżko. Musiałam to wszystko przemyśleć.



Friends :)