Tak, wiem, długie to nie jest, ale zawsze coś. Nie wiedziałam za bardzo, w którym momencie zakończyć i skończyło się na tym. W każdym razie, serdecznie zapraszam na kolejny rozdział!
Rozdział 3, czyli spotkanie, które
zawróciło mi w głowie
Dziesięć
kroków do schodów. Schodek raz, dwa, pięć, dziewięć, zakręt. Raz, cztery,
osiem, dziesięć. Noga prawa, lewa, prawa, lewa, lewa. Zakręt. Nagle moją
synchroniczność przerwało, a raczej, przerwał, pewien chłopak na którego to po
zderzeniu z jego klatą upadłam. Kiedy otworzyłam oczy (bo, oczywiście, przy
upadku moje powieki momentalnie opadły), zdałam sobie sprawę, że przecież
zaraz, ja go znam!
Gdy
się z nim zderzyłam, chłopak wypuścił plecak, który się otworzył. Książki
leżały porozrzucane na odległość kilku metrów. Postanowiłam, że mu pomogę, więc
wymamrotałam litanię „przepraszam, bardzo przepraszam” i zaczęłam je zbierać.
On siedział jeszcze przez jedną, może dwie sekundy na kafelkowej podłodze
wyraźnie oszołomiony, lecz potem lekko potrząsnął głową i także zbierał razem
ze mną. Wiele zeszytów nie leżało na podłodze, więc szybko je pozbieraliśmy.
Kiedy sięgałam po ostatni zeszyt, poznałam po zapiskach, iż był on od matmy,
nasze ręce się zderzyły i spojrzeliśmy sobie w oczy.
Ludzie,
takich oczu to ja w życiu nie widziałam! I pewnie nie zobaczę. Mogłam zatonąć w
ich orzeźwiającej, wiosennej zieleni zmieszanej z takim odcieniem błękitu, jaki
można zauważyć wczesną jesienią lub późnym latem i choć może nijak to brzmi,
wierzcie, iż efekt był oszałamiający. Rany, mogłam się w nie wpatrywać w
nieskończoność. Taki kolor tęczówek! A ich właściciel też był nie najgorszy. No
dobra, był przystojny, nawet trochę bardzo. Przypominał mi Aarona Taylor-
Johnson’a jako Robbiego w filmie Angus,
stringi i Przytulanki, tylko że w wersji blond. No i może powtórzę: TE
OCZY!! Powinno się zakazać posiadania takich oczu, bo przecież…
-
Ekhem? Możesz mi to oddać? – zapytał.
No
tak. Ja, jak na idiotkę przystało, gapiłam się w te jego nieziemskie oczy i
Bożego świata poza nimi nie widziałam, a chłopak pewnie chciałby już iść do
swoich kumpli. Puściłam więc zeszyt i uśmiechnęłam się przepraszająco, trochę
zmieszana. On wstał, strzepnął spodnie (nie wiem z czego, po podłoga jak na
podłogę w gimnazjach była niesamowicie czysta) i wyciągnął do mnie rękę. Z
wdzięcznością ją ujęłam i podniosłam się na nogi. Udałam zdziwioną i
powiedziałam:
-
O, ja cię chyba znam. Mateusz, jesteś przyjacielem, tego, jak mu tam, Wiktora,
chłopaka Alex, no nie? – paplałam bez sensu jak zawsze, gdy byłam zdenerwowana.
Zmarszczył
brwi i uśmiechnął się do mnie.
-
Tak, jestem przyjacielem „tego, jak mu tam”, ale mów mi Mati. O ile dobrze
pamiętam, bo przecież to było tak dawno, – Ostatnie słowo przeciągnął i
widocznie się ze mnie w duchu śmiał. – że mogłem zapomnieć, nazywasz się
Kreska, prawda?
Zazgrzytałam
w duchu zębami.
-
Nazywam się Krystyna Jabłońska, na imię mam Krysia, a wołają na mnie Kreska i
ty, bardzo proszę, też tak na mnie wołaj, dobra?
Wywrócił
ze śmiechem, którego już nie ukrywał, oczami.
-
Ohoho, widzę, pani polonistka się znalazła. Jak zgaduję, jesteś w klasie
humanistycznej? – powiedział.
- I
tu się właśnie potykasz! Znaczy się, mylisz, bo razem z Alex chodzimy do klasy
matematyczno-językowej, wiesz, tej która została utworzona głównie z dzieciaków
z tej podstawówki. Znana także jako IC. – Lekko się przed nim skłoniłam.
-
No tak. – Zapanowała między nami trochę niezręczna cisza, którą przerwał
dzwonek. – Słuchaj, całkiem fajna jesteś, chciałabyś przyjść dzisiaj na nasz
trening?
Zamurowało
mnie. On. Zapraszał. Mnie. GDZIEŚ?! Na trening?! Oh, na trening, okej, okej,
będzie okej przynajmniej nie zostanę sam na sam z tymi boskimi oczami i ich
właścicielem.
-
Jasne, chętnie. Ale o której? – Nagle przypomniało mi się, że ja też mm dzisiaj
trening, tak jakby. – Bo mam dzisiaj próbę.
-
Przyjdę do ciebie po tej lekcji i wszystko ci powiem. Na razie! – Machnął do
mnie ręką, co chyba oznaczało pożegnanie w tej dziwnej szkole, i zniknął.
Znaczy się, nie ZNIKNĄŁ, tylko poszedł do swojej klasy, a ja uczyniłam to samo.
Po
francuskim, na którym podzieliliśmy się na dwie grupy początkujące, bo nikt nie
uczył się wcześniej tego języka prócz mnie (niestety, nie byłam w grupie z
Alex) i KOLEJNYM omówieniu zasad nie mogłam się wręcz doczekać, aż zabrzmi
dźwięk dzwonka. Kiedy to się wreszcie stało wypadłam jak strzała z klasy i
popędziłam… No właśnie, nigdzie nie popędziłam, bo wcześniej przecież nie
ustaliłam tego z Matim.
Poszłam
więc na korytarz, w którym się zderzyliśmy, usiadłam na ławeczce i czekałam.
Był to już koniec moich lekcji na dzisiaj i chciałam możliwie jak najszybciej
wrócić do domu, no ale przecież się zgodziłam. Dokładnie czterdzieści osiem
sekund po dzwonku chłopak wyszedł zza rogu i chyba miał zamiar do mnie podejść,
ale coś (czyt. ktoś, ale dla mnie ten ktoś pozostanie czymś) zagrodziło mu
drogę i zrobiło coś, o czym bym nawet nie pomyślała.
Mianowicie,
gdy popielatowłose stworzenie zagrodziło chłopakowi o niezwykłych (ach!) oczach
drogę, położyło mu ręce na ramionach i spojrzało (jak sądzę) głęboko w oczy.
Gdy Mati także na to spojrzał, długowłosa istota pocałowała go w policzek,
zostawiając na nim ślad różowego błyszczyka.
Gdy
to odeszło Mati chyba przypomniał sobie, że miał coś zrobić, a gdy mnie
zauważył to wiedział już dobrze co chciał zrobić. „Mały potwór”, jak tą
dziewczynę nazwałam, odszedł w siną dal a ja nadal stałam jak wmurowana i
gapiłam się w miejsce, gdzie przed chwilą (nawet nie chciałam o tym myśleć, ale
cóż, spójrzmy prawdzie w oczy) para stała.
Chłopak
stanął naprzeciwko mnie i zapytał:
-
To co, trening mamy za godzinę, nadal jesteś chętna?
Chęcią
nie można było tego nazwać, oj nie. Kiedy zobaczyłam Matiego po francuskim,
moje serce zaczęło walić jak oszalałe, a gdy to go pocałowało, ten jakże ważny
organ jakby się zatrzymał. Na wstrzymanym oddechu oczekiwałam reakcji
drugoklasisty lecz on zachowywał się tak, jakby to było normalne.
Cóż,
może było. Może to była jego siostra lub (tu przełknęłam wielką gulę w gardle)
jego dziewczyna? Przecież w takich przypadkach pocałunki w policzki są
normalne. Ta dziewczyna była nawet w pewnym sensie do niego podobna.
No
dobra, nie oszukujmy się. On mi się podobał i po prostu szukałam wymówek, dla
których Mati mógłby być wolny, a jeszcze lepiej by było, gdybym ja też mu się
podobała. Chociaż…
Mogłabym
szepnąć słówko Alex, ona by coś powiedziała swojemu Clarkowi Kentowi, on zaś by
się podpytał swojego kumpla, mojego obiektu westchnień, co o mnie sądzi. Jak w
podstawówce! I żeby nie było, mam na myśli młodsze klasy.
-
Trening? Za godzinę? – W myślach wykonałam debatę czy opłaca mi się iść, czy
nie. – Ach! Nie, sorry, za godzinę muszę być już w domu, ale może innym razem?
– Uśmiechnęłam się przepraszająco.
Albo
mi się wydawało, co było bardzo możliwe, albo chłopak był odrobinę zawiedziony.
-
Okej, nie ma sprawy. Jutro też mamy trening, to może wtedy? – Łapał się jak
tonący brzytwy i wiedziałam, po tonie jego głosu i oczach, że nie jest to
bezinteresowne, ale nie zadawałam pytań i po prostu się zgodziłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz