Rozdział 1, czyli jak to jest być Nową
-
ONE WAY, OR ANOTHER…- Zaskrzeczał na cały regulator mój budzik z My Little Pony
(nawet nie pytajcie).
-
Grrrrr…
Jak
ja nie cierpiałam tej piosenki. Właśnie dlatego ustawiłam ją na mój budzik,
który stał na komodzie w moim zielonym pokoju. Komoda znajdowała się kilka
dobrych kroków od łóżka, na którym teraz leżałam, przykrywają głowę kołdrą.
Budzik ustawiłam tak daleko, bo wiedziałam, że inaczej za nic na świecie nie
wstanę.
Wkurzona
jak zawsze, gdy ten przeklęty budzik w różowe kucyki mnie budził, odgarnęłam
kołdrę na drugą stronę łóżka, a następnie, jak zawsze, dokonałam mojego małego
cudu. Mianowicie, podniosłam głowę, potem tułów, zrzuciłam obie nogi na podłogę
i (!) wstałam.
Dosyć
szybko, zważając na moje poranne tempo, podeszłam do budzika i wyłączyłam tą
durną piosenkę. Odrobinę złagodniałam, ale minęło to, gdy spojrzałam na zegarek
koło jednej z głów kucyków. Było już piętnaście po siódmej, a ja miałam do szkoły
na ósmą!
Obróciłam
się z prędkością światła. Oczywiście, nie zdążyłam nawet zrobić jednego kroku,
gdy moja noga zahaczyła o stos walających się po podłodze ubrań. Runęłam jak
długa na dywan, na szczęście ciuchy zamortyzowały upadek.
-
Ja to zawsze muszę się w coś wpakować…- mruknęłam.
Kilkanaście
minut później, a tak dokładnie, to o siódmej trzydzieści jeden, zeszłam po
drewnianych schodach na dół, do kuchni, gdzie moja mama robiła śniadanie.
Zapach tostów roznosił się po całym domu.
-
Tata już wyszedł?- zapytałam.
Mama
odwróciła się do mnie. Czarne włosy i szafirowe oczy odziedziczyłam właśnie po
niej. Wzrost, na szczęście, po ojcu, który był dosyć wysoki, mianowicie,
mierzył metr dziewięćdziesiąt dwa, a ja, mając trzynaście lat, metr
sześćdziesiąt sześć.
Ściągnęła
brwi i lekko się uśmiechnęła.
-
Tak, wyszedł tak jak zwykle, czyli w pół do. Kreska, kochanie, zdążysz do
szkoły?
Tak
naprawdę, to nie mam na imię Kreska, tylko Krystyna. Rodzice (a kiedyś także
mój brat) nazywają mnie tak, ponieważ kiedy uczyłam się jeździć na nartach,
zawsze jechałam na krechę. Instruktor zaczął mnie nazywać Kreska i już tak
zostało. Właściwie, to lubię to przezwisko.
-
Jeśli nie zjem śniadania, to zdążę. Na razie!- Mama na szczęcie nie zdążyła
zaprotestować, bo już nie było mnie w domu.
Podbiegłam
do mojego roweru, umocowałam mocno plecak i założyłam kask. Wskoczyłam na
siodełko i zaczęłam pedałować. Już kilka minut później wjeżdżałam na teren
mojego gimnazjum.
Podjechałam
do stojaków na rowery i zsiadłam z mojego jednośladowca. Wyjęłam z plecaka
blokadę do roweru i przymocowałam go do stojaka. Zdjęłam kask i pobiegłam do
budynku.
Otworzyłam
drzwi i skierowałam się na pierwsze piętro, gdzie (jak sprawdziłam
kilkadziesiąt razy na szkolnej stronie internetowej) znajdowały się szafki, w
tym moja oraz sala, w której miała być lekcja.
Moja
szkoła była pomalowana na stonowane kolory, takie jak beżowy czy niebieski.
Ściany w długich korytarzach były jasnoniebieskie, podłoga była wyłożona
kafelkami. Przy jednej ścianie na parterze stały cztery metalowe ławeczki,
które były pomalowane na czarno. Na pierwszym piętrze (jak już wcześniej
wspomniałam) stały szaroniebieskie szafki.
Na
korytarzu nie było jeszcze dużo ludzi. Kilku pierwszoklasistów – tak jak ja –
wyjmowało podręczniki z plecaków i wkładało je do swoich szafek.
Zerknęłam
na zegarek. Siódma czterdzieści siedem. Za dwanaście minut miałam mieć godzinę
wychowawczą. Moja wychowawczyni, pani Marta Sosnowiecka była miłą, błękitnooką
blondynką, która uczyła polskiego. Miałam nadzieję, że mnie polubi, ponieważ ze
względu na fakt, iż byłam humanistką i miałam zamiar zapisać się na kółka
polonistyczne i dziennikarskie, spędzę z nią dużo czasu przez najbliższe trzy
lata.
Zatrzasnęłam
moją szafkę, po czym zamknęłam ją kluczykiem. Znowu spojrzałam na mój zegarek.
Była siódma pięćdziesiąt osiem. Założyłam plecak na ramię i wyciągnęłam z
kieszeni granatowego żakietu, który stanowił część mundurka szkolnego razem z
spódniczką w szkocką kratkę, białą koszulą i kamizelką z logo szkoły plan
lekcji. Miałam na nim napisane, w której sali był jaki przedmiot, z tyłu kartki
był zaś plan budynku.
Skierowałam
się do sali dwieście pięć, pod którą czekali już uczniowie z mojej klasy. Jak
zauważyłam, wszyscy mieli już jakieś towarzystwo. Pewnie przeszli z
podstawówki, która była połączona z gimnazjum. Tylko jedna dziewczyna stała
sama, niepewnie lustrując nowych kolegów i koleżanki z klasy IC swoimi
niesamowitymi, szmaragdowymi oczami.
Była
mojego wzrostu, może dwa centymetry niższa. Miała długie, jasnobrązowe włosy z
wiśniowymi końcówkami do połowy pleców, a na ramieniu wisiała czarna torba
firmy Converse. Buty także miała z tej firmy, tylko, że wiśniowe. Mundurek
dobrze na niej leżał, o wiele lepiej, niż na mnie. Dziewczyna nie skróciła
sobie spódniczki aż do rozmiaru mini-mini,
jak reszta płci żeńskiej w mojej nowej klasie, czym od razu zyskała moje
uznanie.
Zrobiłam
kilka kroków w jej stronę i nim się obejrzałam stałam koło niej. Jak lepiej się
jej przyjrzałam, to mogłam zauważyć, iż nie patrzy na innych uczniów z
niepewnością, lecz tak, jakby miała ich w głębokim poważaniu.
Mimo
to wyciągnęłam rękę na powitanie.
-
Cześć. Kreska jestem. – Uśmiechnęłam się.
Dziewczyna
nawet na mnie nie spojrzała, gdy mówiła markotnym głosem:
- A
ja Alex. Coś jeszcze? – Uśmiech jak wkradł się na moją twarz, tak szybko z niej
zniknął.
-
Co? Myślisz o sytuacji moralnej i politycznej polskich chrabąszczy na Arktyce?-
powiedziałam, jak to miałam w zwyczaju, sarkastycznie.
Tym
komentarzem zwróciłam jej uwagę. Spojrzała na mnie i lekko się uśmiechnęła.
-
Nie. Planuję dzień tak, aby zdążyć się spotkać z moim koffanym boy'em, który
gdyby porównać go z facetami z naszej klasy, to rzeczywiście mogli by być
polskimi chrabąszczami na Arktyce!
Chicho
zachichotałam.
-
Ach, rozumiem. Chłopak typu „Jestem taki zalatany, ale mam dla ciebie czas, bo
jesteś dla mnie najważniejsza”? I co, pewnie jest też kapitanem tutejszej
drużyny piłkarskiej i największym ciachem w szkole? Czekaj, niech zgadnę… Jest
drugoklasistą, który był rok temu przewodniczącym samorządu i połowa gimnazjum
się w nim kocha?
Alex
zrobiła do mnie wielkie oczy.
- Że
co, do jasnej ciasnej?! Jakaś wróżka jesteś, czy co?!
Przybrałam
tajemniczą minę.
- A
żebyś się potem nie zdziwiła, kiedy zobaczysz mnie późno w nocy w lesie, kiedy
będę skakała w różowej sukience między drzewami. Na boso, oczywiście, przy czym
moje stopy będą jakbym dopiero co zrobiła pedicure.
Dokładnie
w tym momencie zadzwonił dzwonek i nagle zauważyłam, że nasza wychowawczyni
otwierała nam drzwi do klasy. Najpierw weszły dziewczyny, a potem chłopcy. To
był chyba zwyczaj w tej szkole.
Była
to klasa od języka polskiego. Jej ściany pomalowane były na kolor beżowy. Na
ścianie naprzeciwko drzwi, przez które weszłam do klasy, były okna, a z nich
widok na szkolne boisko. Po lewej od drzwi była tablica i umywalka, stały tam
także biurko i krzesło dla nauczyciela oraz kosz na śmieci. Zaś na prawo od
drzwi stały podwójne ławki dla uczniów i krzesła.
Wszyscy
zajęli już miejsca, prócz mnie. Zauważyłam, że Alex usiadła w ostatniej ławce
koło okna i położyła swoją torbę koło krzesła. Potem spojrzała na mnie i
powiedziała do mnie bezgłośnie: Chodź tutaj.
No
to podeszłam. I tak nigdzie indziej nie było wolnego miejsca. Brązowooka
zostawiła mi miejsce koło okna, za co byłam jej bardzo wdzięczna. Miałam
nieodparte wrażenie, iż szybko się zaprzyjaźnimy.
No i proszę bardzo, rozdział 1. Wiem, wiem, błędów mnóstwo, głównie chyba powtórzeniowych i językowych, ale przynajmniej jakoś to wygląda. Komentujcie!
Następny rozdział wstawię, jak zobaczę pod tym postem co najmniej dwa komentarze!
Genialny rozdział! Świetnie rozkręcona akcja itp. :)
OdpowiedzUsuńZ niecierpliwością czekam na następny rozdział!
Pozdrawiam (;
Blue xd