czwartek, 11 lipca 2013

Rozdział 1

Rozdział 1, czyli jak to jest być Nową

- ONE WAY, OR ANOTHER…- Zaskrzeczał na cały regulator mój budzik z My Little Pony (nawet nie pytajcie).
- Grrrrr…
Jak ja nie cierpiałam tej piosenki. Właśnie dlatego ustawiłam ją na mój budzik, który stał na komodzie w moim zielonym pokoju. Komoda znajdowała się kilka dobrych kroków od łóżka, na którym teraz leżałam, przykrywają głowę kołdrą. Budzik ustawiłam tak daleko, bo wiedziałam, że inaczej za nic na świecie nie wstanę.
Wkurzona jak zawsze, gdy ten przeklęty budzik w różowe kucyki mnie budził, odgarnęłam kołdrę na drugą stronę łóżka, a następnie, jak zawsze, dokonałam mojego małego cudu. Mianowicie, podniosłam głowę, potem tułów, zrzuciłam obie nogi na podłogę i (!) wstałam.
Dosyć szybko, zważając na moje poranne tempo, podeszłam do budzika i wyłączyłam tą durną piosenkę. Odrobinę złagodniałam, ale minęło to, gdy spojrzałam na zegarek koło jednej z głów kucyków. Było już piętnaście po siódmej, a ja miałam do szkoły na ósmą!
Obróciłam się z prędkością światła. Oczywiście, nie zdążyłam nawet zrobić jednego kroku, gdy moja noga zahaczyła o stos walających się po podłodze ubrań. Runęłam jak długa na dywan, na szczęście ciuchy zamortyzowały upadek.
- Ja to zawsze muszę się w coś wpakować…- mruknęłam.
Kilkanaście minut później, a tak dokładnie, to o siódmej trzydzieści jeden, zeszłam po drewnianych schodach na dół, do kuchni, gdzie moja mama robiła śniadanie. Zapach tostów roznosił się po całym domu.
- Tata już wyszedł?- zapytałam.
Mama odwróciła się do mnie. Czarne włosy i szafirowe oczy odziedziczyłam właśnie po niej. Wzrost, na szczęście, po ojcu, który był dosyć wysoki, mianowicie, mierzył metr dziewięćdziesiąt dwa, a ja, mając trzynaście lat, metr sześćdziesiąt sześć.
Ściągnęła brwi i lekko się uśmiechnęła.
- Tak, wyszedł tak jak zwykle, czyli w pół do. Kreska, kochanie, zdążysz do szkoły?
Tak naprawdę, to nie mam na imię Kreska, tylko Krystyna. Rodzice (a kiedyś także mój brat) nazywają mnie tak, ponieważ kiedy uczyłam się jeździć na nartach, zawsze jechałam na krechę. Instruktor zaczął mnie nazywać Kreska i już tak zostało. Właściwie, to lubię to przezwisko.
- Jeśli nie zjem śniadania, to zdążę. Na razie!- Mama na szczęcie nie zdążyła zaprotestować, bo już nie było mnie w domu.
Podbiegłam do mojego roweru, umocowałam mocno plecak i założyłam kask. Wskoczyłam na siodełko i zaczęłam pedałować. Już kilka minut później wjeżdżałam na teren mojego gimnazjum.
Podjechałam do stojaków na rowery i zsiadłam z mojego jednośladowca. Wyjęłam z plecaka blokadę do roweru i przymocowałam go do stojaka. Zdjęłam kask i pobiegłam do budynku.
Otworzyłam drzwi i skierowałam się na pierwsze piętro, gdzie (jak sprawdziłam kilkadziesiąt razy na szkolnej stronie internetowej) znajdowały się szafki, w tym moja oraz sala, w której miała być lekcja.
Moja szkoła była pomalowana na stonowane kolory, takie jak beżowy czy niebieski. Ściany w długich korytarzach były jasnoniebieskie, podłoga była wyłożona kafelkami. Przy jednej ścianie na parterze stały cztery metalowe ławeczki, które były pomalowane na czarno. Na pierwszym piętrze (jak już wcześniej wspomniałam) stały szaroniebieskie szafki.
Na korytarzu nie było jeszcze dużo ludzi. Kilku pierwszoklasistów – tak jak ja – wyjmowało podręczniki z plecaków i wkładało je do swoich szafek.
Zerknęłam na zegarek. Siódma czterdzieści siedem. Za dwanaście minut miałam mieć godzinę wychowawczą. Moja wychowawczyni, pani Marta Sosnowiecka była miłą, błękitnooką blondynką, która uczyła polskiego. Miałam nadzieję, że mnie polubi, ponieważ ze względu na fakt, iż byłam humanistką i miałam zamiar zapisać się na kółka polonistyczne i dziennikarskie, spędzę z nią dużo czasu przez najbliższe trzy lata.
Zatrzasnęłam moją szafkę, po czym zamknęłam ją kluczykiem. Znowu spojrzałam na mój zegarek. Była siódma pięćdziesiąt osiem. Założyłam plecak na ramię i wyciągnęłam z kieszeni granatowego żakietu, który stanowił część mundurka szkolnego razem z spódniczką w szkocką kratkę, białą koszulą i kamizelką z logo szkoły plan lekcji. Miałam na nim napisane, w której sali był jaki przedmiot, z tyłu kartki był zaś plan budynku.
Skierowałam się do sali dwieście pięć, pod którą czekali już uczniowie z mojej klasy. Jak zauważyłam, wszyscy mieli już jakieś towarzystwo. Pewnie przeszli z podstawówki, która była połączona z gimnazjum. Tylko jedna dziewczyna stała sama, niepewnie lustrując nowych kolegów i koleżanki z klasy IC swoimi niesamowitymi, szmaragdowymi oczami.
Była mojego wzrostu, może dwa centymetry niższa. Miała długie, jasnobrązowe włosy z wiśniowymi końcówkami do połowy pleców, a na ramieniu wisiała czarna torba firmy Converse. Buty także miała z tej firmy, tylko, że wiśniowe. Mundurek dobrze na niej leżał, o wiele lepiej, niż na mnie. Dziewczyna nie skróciła sobie spódniczki aż do rozmiaru mini-mini, jak reszta płci żeńskiej w mojej nowej klasie, czym od razu zyskała moje uznanie.
Zrobiłam kilka kroków w jej stronę i nim się obejrzałam stałam koło niej. Jak lepiej się jej przyjrzałam, to mogłam zauważyć, iż nie patrzy na innych uczniów z niepewnością, lecz tak, jakby miała ich w głębokim poważaniu.
Mimo to wyciągnęłam rękę na powitanie.
- Cześć. Kreska jestem. – Uśmiechnęłam się.
Dziewczyna nawet na mnie nie spojrzała, gdy mówiła markotnym głosem:
- A ja Alex. Coś jeszcze? – Uśmiech jak wkradł się na moją twarz, tak szybko z niej zniknął.
- Co? Myślisz o sytuacji moralnej i politycznej polskich chrabąszczy na Arktyce?- powiedziałam, jak to miałam w zwyczaju, sarkastycznie.
Tym komentarzem zwróciłam jej uwagę. Spojrzała na mnie i lekko się uśmiechnęła.
- Nie. Planuję dzień tak, aby zdążyć się spotkać z moim koffanym boy'em, który gdyby porównać go z facetami z naszej klasy, to rzeczywiście mogli by być polskimi chrabąszczami na Arktyce!
Chicho zachichotałam.
- Ach, rozumiem. Chłopak typu „Jestem taki zalatany, ale mam dla ciebie czas, bo jesteś dla mnie najważniejsza”? I co, pewnie jest też kapitanem tutejszej drużyny piłkarskiej i największym ciachem w szkole? Czekaj, niech zgadnę… Jest drugoklasistą, który był rok temu przewodniczącym samorządu i połowa gimnazjum się w nim kocha?
Alex zrobiła do mnie wielkie oczy.
- Że co, do jasnej ciasnej?! Jakaś wróżka jesteś, czy co?!
Przybrałam tajemniczą minę.
- A żebyś się potem nie zdziwiła, kiedy zobaczysz mnie późno w nocy w lesie, kiedy będę skakała w różowej sukience między drzewami. Na boso, oczywiście, przy czym moje stopy będą jakbym dopiero co zrobiła pedicure.
Dokładnie w tym momencie zadzwonił dzwonek i nagle zauważyłam, że nasza wychowawczyni otwierała nam drzwi do klasy. Najpierw weszły dziewczyny, a potem chłopcy. To był chyba zwyczaj w tej szkole.
Była to klasa od języka polskiego. Jej ściany pomalowane były na kolor beżowy. Na ścianie naprzeciwko drzwi, przez które weszłam do klasy, były okna, a z nich widok na szkolne boisko. Po lewej od drzwi była tablica i umywalka, stały tam także biurko i krzesło dla nauczyciela oraz kosz na śmieci. Zaś na prawo od drzwi stały podwójne ławki dla uczniów i krzesła.
Wszyscy zajęli już miejsca, prócz mnie. Zauważyłam, że Alex usiadła w ostatniej ławce koło okna i położyła swoją torbę koło krzesła. Potem spojrzała na mnie i powiedziała do mnie bezgłośnie: Chodź tutaj.

No to podeszłam. I tak nigdzie indziej nie było wolnego miejsca. Brązowooka zostawiła mi miejsce koło okna, za co byłam jej bardzo wdzięczna. Miałam nieodparte wrażenie, iż szybko się zaprzyjaźnimy.



No i proszę bardzo, rozdział 1. Wiem, wiem, błędów mnóstwo, głównie chyba powtórzeniowych i językowych, ale przynajmniej jakoś to wygląda. Komentujcie!
Następny rozdział wstawię, jak zobaczę pod tym postem co najmniej dwa komentarze!

1 komentarz:

  1. Genialny rozdział! Świetnie rozkręcona akcja itp. :)
    Z niecierpliwością czekam na następny rozdział!
    Pozdrawiam (;
    Blue xd

    OdpowiedzUsuń